Pojednanie polsko-ukraińskie z fałszowaniem historii w tle

Reklama

pon., 09/28/2020 - 15:12 -- MagdalenaL

Trudne jest to nasze sąsiedztwo od wieków. Z jednej strony Rzeczpospolita, ze swoimi historycznymi wzlotami i upadkami. Z drugiej naród, dumny naród ukraiński, przez wieki pozbawiony własnej państwowości. Taki stan rzeczy musi rodzić kompleksy i skłaniać do czynów haniebnych. Historia ludzi i narodów potwierdza, że długo tłumiony gniew, wynikający z doznawanych krzywd i upokorzeń, prędzej czy później znajduje ''ujście''. Na ogół poprzez zbrodnie... ''Zło - złem się odciska''...

W stosunkach polsko-ukraińskich wciąż pobrzmiewa fałszywa nuta. Na szczeblu dyplomatycznym dominuje ''mowa-trawa'', brednie o doskonałych relacjach. O dobrej woli obydwu stron. Tymczasem, na swoim podwórku, nasi bracia ze wschodu prześcigują się w stawianiu pomników zbrodniarzom i kolaborantom pokroju Stepana Bandery. Czym wytłumaczyć taką dwulicowość? Jaka historia – tacy bohaterowie? A może nasza historiografia zbyt jednostronnie potępia siepaczy spod znaku tryzuba? Jako naród również nie zawsze byliśmy ''aniołkami'', jak ''estetycznie'' wpajają nam od pacholęcych lat na lekcjach historii... Prawdziwe i szczere pojednanie wtedy będzie możliwe, kiedy jednym głosem, bez przemilczeń, napiszemy wspólny podręcznik historii. Osobiście, mając lat kilkanaście, zetknąłem się z żywymi świadkami dramatycznych wydarzeń na Wołyniu i Podolu, określanymi obecnie ''rzezią wołyńską''. 27 lat temu zasłyszane opowieści, owszem, napawały grozą, lecz nie wydawały się godne wiary. Najnowsze ustalenia potwierdzają ich autentyczność. Okruchy tamtych koszmarnych zbrodni przytaczam w powstającej książce, traktującej o tzw. współczesnym ''ładzie'' społecznym, który wciąż zezwala na mordowanie. W ''białych rękawiczkach'' tym razem. Po cichu i bez krwi. I bez ponoszenia odpowiedzialności. Dla kariery i pieniędzy. W imię procedur i ''profesjonalizmu''... W sposób usystematyzowany i ''społecznie akceptowany''... Bezmyślnie! Tak sprytnie ewoluowała nasza ''cywilizacja''...

''...Siedziałem na ławce przed pocztą i wertowałem mapę. Majowe słoneczko przygrzewało w plecy. Żałowałem chwili, w której zakładałem rano czarną koszulkę... Ciepło stawało się dokuczliwe. Według rozłożonej na kolanach mapy, do granicy z Ukrainą było cholernie blisko! Przysłowiowy rzut beretem... Początkowo zamierzałem udać się w tamtą stronę. Spojrzeć choćby z za kordonu w kierunku Chyrowa, Sambora, źródeł Dniestru... Same nazwy pachniały egzotyką! Nakarmiony wszakże byłem niezgorzej lekturą kresową. Poza tym, my już tak mamy! Kochamy ''raje utracone''... Ktoś zgrabnie porównał kiedyś Rzeczpospolitą do rogala twierdząc, że tyle w niej pięknego, co na brzegach... Bodaj Melchior Wańkowicz ukuł był ów slogan. Siedziałem tak z rozpostartą na kolanach mapą, gdy nadjechał autobus. Jakiś lokalny. Nie zdążyłem odczytać, w jakim kierunku zmierzał. Wsiadłem w te pędy, poprosiłem kierowcę o bilet do jakiejś miejscowości, oddalonej o kilka lub kilkanaście kilometrów od Ustrzyk. Lutowiska - usłyszałem nazwę końcowego przystanku. Niech będą Lutowiska!

Cudny krajobraz roztaczał się po obu stronach drogi. Podróżowałem rozklekotanym autobusem lokalnego, sanockiego PKS, z nosem przyklejonym do szyby. Ąleż byłem beztroski! Nie było szkoły, nie było domu; ja - wpatrzony w urokliwe pejzaże za oknem... Po kilkunastu minutach dotarłem do celu, tak spontanicznie wybranego, na chybił - trafił. Lutowiska... Osada nieduża, ni to miasteczko, ni wieś... Słoneczko ciągle mocno grzało, mimo wczesnej jeszcze pory, mogła być godzina dziesiąta, dokładnie nie pamiętam. Rozglądałem się wokół niezdecydowany, gdzie się w tej obcej okolicy udać. Nie miałem żadnego pomysłu. Zaszedłem do pobliskiego sklepu. Wszystkie sprzęty wewnątrz przypominały poprzedni ustrój. Nikomu tutaj nie śniło się o elektronicznych wagach, kasach fiskalnych, czy innych atrybutach handlu, dzisiaj tak powszechnych. Wszystko było prymitywne, jakiś Dziki Wschód!

W sklepie kolejka, złożona z paru osób. Jakże barwnych! Dwie baby na czele ogonka niby coś kupowały. Więcej uwagi poświęcały jednak ożywionej pogawędce z panią, sterczącą z drugiej strony lady. Za nimi, cierpliwie, z nogi na nogę przestępowali dwaj mężczyźni w wieku emerytalnym, chyba już po siedemdziesiątce. Łapczywie spoglądali na górną półkę w tym ubogim sklepiku, ważąc pewnie w myślach, jakiego dzisiaj skosztują trunku? Biednie to wszystko wyglądało. Brud raził w oczy. Przez wpółprzymknięte drzwi do środka wlazł bury kotek i, baraszkując między nogami klientów, przeraźliwie miauczał. Nikt go nie przeganiał. Między żałosnym zwierzakiem a ludźmi panowała symbioza, charakterystyczna dla odludnych miejsc. W Lutowiskach czas jakby się zatrzymał. Patrzyłem na poorane bruzdami, ogorzałe twarze starszych panów, stojących przede mną. Znać było na tych obliczach upływ czasu, ale było też coś innego. Uderzała z nich jakaś chłopska mądrość ludzi, którzy wiele w życiu widzieli. Kupili sobie po dwa piwa butelkowe i wyszli bez słowa. Kątem oka zauważyłem, że usiedli na zewnątrz, pod rozłożystym dębem i oddali się konsumpcji. Leniwe majowe przedpołudnie sprzyjało tego typu zajęciu. Wiele się nie zastanawiając, wziąłem sześć butelek tego samego piwska i postanowiłem dołączyć do miejscowych.

- Można? - zagadnąłem od niechcenia i nie czekając odpowiedzi, przysiadłem się do ''tubylców'', którzy nie sprawiali zdziwionych. Przywykli przez lata do turystów, którzy wkrótce tłumnie zawitają podczas wakacji w te strony. Na pewno zadawali sobie pytanie, skąd taki młody chłopak, jakim wtedy byłem, w ogóle się między nimi znalazł? Nie pytali o nic. Łapczywie spoglądali natomiast na reklamówkę, którą miałem ze sobą, a z której radośnie sterczały szyjki kolorowych butelek, jakby domagając się odkapslowania. Moi nowi znajomi - to nie byli pospolici żule, jakich często można spotkać pod sklepem na prowincji. Zwłaszcza w tak zapadłych dziurach, jak Lutowiska. Dwaj starsi panowie ze skłonnością do filozofowania, wspominali czasy wojenne. Obydwaj pochodzili z innych stron. Do Lutowisk trafili, uciekając ze wschodnich rubieży przedwojennej Polski. Jeden pochodził ze Lwowa, drugi z jakiejś zapadłej dziury na Wołyniu. Poczęstowani piwem, chętnie dzielili się z przygodnie poznanym młodzieńcem opowieściami, jakby z innego świata. Wspominali rzeczywistość odległą w czasie, zupełnie dla mnie nierealną. Co innego uczyć się z podręcznika o potwornościach ostatniej wojny, inaczej zaś sytuacja wygląda, kiedy masz przed sobą żywych świadków makabry, rozgrywającej się akurat w tych i nieodległych stronach. Był rok 1993. Nikt nie mówił głośno o rzezi wołyńskiej. Jeżeli czegoś nas uczono, dotyczyło to wydarzeń na froncie, ewentualnie rutynowych prześladowań niemieckiego okupanta. Relacje między mieszaną ludnością ziem wschodnich stanowiły pożywkę co najwyżej dla niezależnych, wnikliwych historyków. Obecnie powstają filmy, usiłujące ukazać ogrom okropieństwa, jakie miało miejsce na Wołyniu i Podolu. Rozlewało się ono również dalej. Dotarło, już po oficjalnym zakończeniu wojny, do miejsc, które właśnie penetrowałem. Czytałem wcześniej o walkach z bandami UPA. Na początku lat dziewięćdziesiątych trudno jednak było o inną lekturę jak ta, która gloryfikowała bohaterstwo komunistycznej bezpieki, przemilczając przy tym z kim i o co owa bezpieka, wsparta regularną armią nowo powstałej ludowej ojczyzny, walczyła. UPA, a więc Ukraińska Powstańcza Armia, nam Polakom, wychowanym w kulcie powstańczych zrywów, nie kojarzyła się raczej z niczym złym.

Jako niespełna dwudziestoletni młodzieniec, również ja nie byłem świadom znaczenia, rozgrywających się w tych stronach wydarzeń. Pół wieku bez mała upłynęło i ci dwaj spod sklepu, wspominając odległe dzieje, wskrzeszali demony, prześladujące ludność pogranicza w wielu zakątkach świata, nawet obecnie. Rzezie, pogromy, lokalne wojny... Media każdego dnia są pełne doniesień o podobnym charakterze. To, co usłyszałem od swoich rozmówców, było okrutne w swej treści. Wyobraźnia młodego chłopaka, żyjącego w spokojnych, wolnych od zawieruchy wojennej czasach, nie nadążała za krwawymi obrazami, malowanymi przez świadków tamtych wydarzeń. Częstowałem ich piwem, zyskując sympatię starszych panów, co skłaniało ich z kolei do wylewności i opowiadania o jakże bolesnych przeżyciach sprzed wielu lat. Nie przerażało mnie wówczas to, o czym mówili, ponieważ sądziłem, że podchmieleni piwem pół-pijacy po prostu zmyślali. Wszystkie te makabryczne opowieści gotów byłem włożyć między bajki, ani przez moment nie przypuszczając, że nie było w nich żadnej przesady. Rąbanie ludzi siekierą tak, aby żyli jak najdłużej i odczuwali nieziemski ból? Okrutne gwałty z użyciem przedmiotów, do innych celów przeznaczonych? Wrzucanie żywcem do studni? Rozrywanie końmi? Wbijanie na pal? Ze wszystkich okropieństw, o jakich wtedy usłyszałem, palenie żywcem było najbardziej humanitarną metodą zabijania... Nie wierzyłem! Jeżeli znałem podobne historie wcześniej, kojarzyłem je raczej z piętnastowieczną Transylwanią i okrutnym Vladem Tepesem, znanym w popkulturze jako Dracula...

Rozejrzałem się wokół. Dochodziło południe. Majowe słońce mocno grzało, ale pod świeżo-zieloną koroną przyjaznego dębu, towarzyszył nam przyjemny chłodek. Jakże cudnie było dookoła! Na wprost, w niewielkim obniżeniu terenu, płynął bystry, choć płyciutki potoczek. Ot, cienki strumyczek z przeźroczystą wodą, jakich mnóstwo w górskich ostępach. Okoliczne wzgórza zieleniły się trawą, oczekującą pierwszej kośby. Pachniało to wszystko tak intensywnie, iż nozdrza nie były w stanie pomieścić wrażeń, dla nich przeznaczonych. W głowie mogło się zakręcić! Gwałty, pale, ogień, studnie, siekiery, rąbiące żywe kości zamiast drew... Nie mogłem, ot tak, w to wszystko uwierzyć! Ledwie wyrosłem z bajek dla dzieci... Zatrzymałem wzrok na wzgórku, częściowo porośniętym przez młody las świerkowy, na którego skraju zbudowano kilka domostw. Domy były nowe, piętrowe, ogrodzone. Na jednym z podwórek bawiły się dzieci, blondwłosy chłopczyk i dziewczynka z kruczoczarnymi lokami. Dobiegały do nas ich radosne głosiki. Wyobraziłem sobie, że dróżką, wijącą się u stóp pagórka, zdąża w ich stronę ''czerń'' spod znaku tryzuba. Niemożliwe!

 

- Trudno może dzisiaj uwierzyć w podobne historie, ale tak było... - przekonywał mnie pan Stanisław, mój nowy znajomy z Wołynia rodem. Stanisław, rocznik 1921, był synem podoficera przedwojennej armii. Jego rodzice pochodzili z Lubelszczyzny, gdzieś spod Kraśnika. Ojciec mojego rozmówcy dołączył do Legionów Piłsudskiego, kiedy te ostatnie zdążały od Dęblina na wschód. Był rok 1916. Uczestniczył w walkach pod Kostiuchnówką. Gdy nastała Polska, został osadnikiem wojskowym na wschodnich rubieżach odrodzonej Ojczyzny. Jako legionista otrzymał kawałek niezłej ziemi w okolicach Równego. Żadnych budynków tam nie było, rodzice pana Staszka zamieszkali wpierw w gołej ziemi, wykopawszy przestronną ziemiankę. Pełna improwizacja! Mój przygodny znajomy nie pamięta niczego z tych pierwszych lat na przydzielonym przez hojne państwo gruncie, ale z opowieści rodziców przypomina sobie, że był dla nich sporym ciężarem w opisanych warunkach bytowych. Wokół pełno było Ukraińców, zawiedzionych obrotem historii oraz... wilków. Początkowo nie było najgorzej, później dopiero okazać się miało, że szczęśliwsi byli mieszkający bliżej lasu, bo mieli gdzie uciekać... Choćby i do wilków, przed hordami współczesnych barbarzyńców. Kiedy już przyszli w 1943, młody Stanisław był członkiem jednego z leśnych oddziałów. Nie planował partyzanckiej tułaczki, dopiero rok wcześniej stacjonowali u nich w domu leśni i jakoś tak wyszło. Miał już 22 lata i nie mógł dłużej nic nie robić. Wojna, dziwna w tych stronach i pogmatwana ze względu na różnorodność narodowościową mieszkańców, to zbyt poważna sprawa dla jednego człowieka. Ma jednak tą właściwość, że prędzej czy później każdego jej grabki, w taki czy inny sposób, zagarną pod siebie. Zaangażują po którejś ze stron. Tam, na Wołyniu, często interesy sąsiadów nie były spójne. Ukraińcy, tych było najwięcej, szansę dla siebie upatrywali we współpracy z Niemcami. Nie zrażali się nawet pogardą, żywioną wobec nich przez rasę panów. Żydzi z utęsknieniem nasłuchiwali wieści z frontu wschodniego, w Armii Czerwonej upatrując Mesjasza. Polacy - cóż - liczyć mogli wyłącznie na siebie, jako nacja przeklęta, przez Boga zapomniana.

Na początku wojny ojciec pana Staszka ciężko zachorował. Zanim sprowadzono do zapomnianej w wojennym zaaferowaniu osady lekarza, zmarł. Nasz bohater, dorastający młodzian, sam odtąd zajmował się rodzinnym gospodarstwem. Dlatego też nie zaangażował się w konspirację od razu. Sowieci, gdy wkroczyli po 17 września, nie wydawali się aż tak groźni. Szczególnie na początku, zwłaszcza w tak małych siołach, rozsianych na szerokim obszarze. Wkrótce pokazali prawdziwe oblicze władzy ludowej i na czym polegać miała opieka Kraju Rad, przyniesiona ''ciemiężonemu ludowi'' na zardzewiałych, ale bynajmniej nie stępionych, bagnetach rewolucji. Wywózki na Syberię i do Kazachstanu - to był najniższy wymiar kary. Wielu nie miało tyle szczęścia i likwidowani byli na miejscu, na przykład w równieńskim więzieniu. Ojciec pana Stanisława, gdyby żył, podzieliłby ten los. Choroba pozwoliła mu uciec od sprawiedliwości, przyniesionej przez kacapów...

Dla mnie, młodego chłopca jeszcze, krępujące było kiedy starszy pan, wypiwszy trzecie piwo, rozpłakał się na wspomnienie swej matki. Wypity alkohol obudził nie zabliźnione wyrzuty sumienia. Nie było pana Staszka w rodzinnych stronach, gdy ukraińska tłuszcza dokonywała rzezi na swych ''lackich'' sąsiadach. Nikt z ocalałych nie potrafił powiedzieć, co się z nią stało. Żadnych wiadomości. Przepadła bez wieści. Miejsce jej grobu pozostaje zagadką, podobnie jak okoliczności śmierci. Szczęśliwi ci, którzy znają los swoich bliskich, nawet okrutny. Innym, jak mojemu rozmówcy, wyobraźnia podpowiada, ile bliska osoba mogła wycierpieć, zanim opuściła ten podły świat. Wtedy nawet nie do końca rozumiałem przesłanie, wynikające z usłyszanych opowieści. Jakże to - myślałem - zabijano się na wojnie, oczywista rzecz, ale takie okropieństwa moja świadomość przypisywała czasom odległym o wiele stuleci. Makabra, jaka ukazywała się w plastycznym przekazie opowiadającego, była nie do przyjęcia. Przecież to zaledwie pół wieku minęło, żyją świadkowie, dlaczego wcześniej o tym nie wiedziałem? Myśli kłębiły się w głowie od nadmiaru przerażających faktów. Skłonny byłem podejrzewać, że mój informator ubarwia opowieść, może ma tendencje do konfabulacji? Może mówienie o podobnych okrucieństwach sprawia mu sadystyczną przyjemność? Wreszcie może pała szczególną nienawiścią do Ukraińców?

Speszony byłem, kiedy po twarzy pana Stanisława pociekły łzy. Przywołanie w pamięci, zaginionej w wojennej zawierusze matki, zrobiło swoje. Czuję zażenowanie do dzisiaj, gdy widzę jak płacze stary chłop. Tamte okoliczności usprawiedliwiały podobną reakcję. Nawet upływ czasu nie zabliźnił otwartej wciąż rany po utracie najbliższej osoby. Rodzeństwa mój rozmówca nie posiadał, toteż pozostał sam. Ocalał dzięki decyzji o przystąpieniu do leśnego oddziału. Paradoks, ale jakże wymowny! Ocalał ten, który walczył, nie był bezbronny i nie pozostawał bierny. Narażał się, lecz sam był uzbrojony. Ginęli w mękach ci najsłabsi, niewinni. Dlaczego ginęli? Historia jest niema i nie udziela werbalnych odpowiedzi. Ona się tworzy. Późniejsze pokolenia już tylko komentują, tak naprawdę gubiąc się w domysłach. Bohaterowie mylą się po latach ze złoczyńcami. Tym drugim stawia się pomniki, nie bacząc na ręce ubabrane we krwi. Z biegiem lat zacierają się różnice między ofiarami a prześladowcami, postępuje relatywizacja najkrwawszych zbrodni i tylko żywi świadkowie stanowią wiarygodne źródło informacji o wydarzeniach, często nieobecnych w świadomości ogólnej.

Słuchając opowieści o tamtym horrorze, zerkałem mimochodem na bawiące się opodal dzieci. W 1943 też nie brakowało dzieci w tych stronach. A przecież fala zwyrodnienia również i tutaj dotarła. Nie były to ziemie rdzennie ukraińskie, ale przesuwający się na zachód front, kazał wielu sotniom cofać się wraz ze zmieniającą się sytuacją. Bieszczady długo po wojnie stanowiły kryjówkę dla siepaczy z Wołynia i Podola. Jak oceniać z perspektywy czasu późniejsze akcje Urzędu Bezpieczeństwa, tępiące niedawnych ukraińskich morderców? Jedno zło wypierało drugie... Dopiero brutalne wysiedlenie Łemków, a więc cywilnego zaplecza leśnych band, pozbawiło tych ostatnich szansy na funkcjonowanie. Polska Ludowa mogła na dobre i po swojemu zająć się zagospodarowaniem tych ziem. Krew tryskać się zdawała spod każdego kamienia, ale socjalizm trzeba było budować! Materiał ludzki, zamieszkujący tą okolicę, musiał być twardy. Ludność napływowa, doświadczywszy gehenny z tamtej strony granicy, osiadała w przekonaniu, że im bliżej utraconych domostw, tym lżej będzie im znosić tułaczkę. Pan Stanisław był jednym z tych wygnańców, Dopisało mu szczęście, iż uniknął rozbrojenia przez sowieckich ''wyzwolicieli'', przez co uniknął pewnej wywózki za koło polarne, która stała się udziałem jego towarzyszy broni. Pomógł mu miejscowy proboszcz. Załatwił lewe papiery, mające tym razem uchronić go przed ''swoimi'', co pozwoliło mojemu rozmówcy wtopić się w bezładny tłum nowych mieszkańców.

Z czasem przestano go już pytać o to, co robił podczas wojny. Nie wzbudzał podejrzeń. Nie ubiegał się o ważne stanowiska. Odniesiona w lesie kontuzja spowodowała, że zwolniony został nawet od konieczności odbycia ''zaszczytnej'' służby wojskowej na rzecz Ludowej Ojczyzny. Dano mu spokój. Jako, że znał się na gospodarstwie, pracował aż do emerytury w miejscowej spółdzielni. Kiedy poznałem pana Stanisława, ten od kilkunastu już lat wiódł żywot statecznego emeryta, snującego w obliczu takiego jak ja słuchacza, swoje makabryczne wspomnienia z kraju lat dziecinnych i młodzieńczych. - Siedzieliśmy głęboko w lesie, między Brodami a Łuckiem, niedaleko Beresteczka - ciągnął pan Stanisław. - Piękne lato było. Wychodząc z ukrycia, celem zdobycia prowiantu, szedł człowiek schylony wpół przez łany dojrzewającego zboża. Szpicli nie brakowało. Wielu pracowało na usługach miejscowego Gestapo, ale wtedy już Niemcy nie byli najgroźniejsi. Mieli własne problemy, paliło się im pod tyłkiem. Diabeł za to wstąpił w Ukraińców. Często porządni, wydawało się, ludzie, wpadali w jakiś rodzaj obłędu. Przez lata, jeżeli nie wieki, tkwiąca w ich narodzie uraza wobec nas, teraz znajdowała ujście w morzu bezprawia i chaosu, które topiło w swych odmętach wszelaką odpowiedzialność. Bezkarność i sprzyjające zbydlęceniu okoliczności, a taką sposobnością była wojna, budzą uśpione w człowieku demony.

Tamtego dnia wyszliśmy na zwiad. Trzech nas było. Ja byłem drugi według starszeństwa. Dowodził plutonowy, pochodzący z Krakowa. Brał udział w kampanii wrześniowej w szeregach Armii ''Kraków''. Często opowiadał o walkach w okolicach Radłowa. Bronili tam jakiegoś mostu, później przeprawiali się wpław przez Dunajec, wielu biedaków utonęło. No więc idziemy przez te pachnące latem zboża, co jakiś czas przystając dla rozpoznania terenu. Już kilometr od wioski, z której braliśmy prowiant, dało się wyczuć coś niepokojącego. Nie było widać ptactwa. Panowała jakaś nienaturalna cisza. Jakby przyroda chciała nas przed czymś ostrzec. Tylko psy w osadzie, do której zdążaliśmy, ujadały wyjątkowo zawzięcie... - pan Stanisław przerwał na moment, jakby przywoływane wspomnienia więziły mu głos. - Szliśmy jeden obok drugiego, nie przeczuwając jeszcze niebezpieczeństwa. Trzecim w patrolu był gołowąs, może siedemnastoletni chłopak z wioski, oddalonej o kilkanaście kilometrów. Z dystansu może trzystu metrów dostrzegliśmy powód wściekłego zachowania psów. Wokół kilkunastu domostw, ułożonych w zwartą zabudowę, nerwowo biegało kilkudziesięciu uzbrojonych hajdamaków. Zbliżyliśmy się jeszcze trochę tak, iż słychać było pojedyncze głosy. Przypominały raczej warknięcia. Upowcy byli niesłychanie podnieceni, jakby upojeni rządzą zbrodni. Jakby od dawna planowali jej przeprowadzenie i właśnie nadarzyła się ku temu okazja.

Wobec liczebności wroga, zmuszeni byliśmy przyczaić się w małym zagajniku. Lepiej gdybyśmy od razu się wycofali. Dla żołnierza nie ma nic gorszego jak niemoc, bezsilność... Tam, we wsi, rozgrywały się dantejskie sceny. Jakby piekło się rozstąpiło. Wypędzili wszystkich z domów. Starych, młodych, kobiety, mężczyzn. I dzieci. Ich piski, przeraźliwe wrzaski, wypełniały sielski krajobraz grozą. Chyba za młody jesteś, mój przyjacielu, na takie obrazki. Jeden z oprawców wyrwał może dwuletnie dziecko z rąk zrozpaczonej matki, uderzając ją przy tym kolbą karabinu, że aż krew trysnęła... Rzecz działa się obok drewnianego płotu, takiego z długimi, zaostrzonymi sztachetami... Trzymał to dziecko, dziewczynkę, chwilę nad głową, wreszcie zdarł z niej lichy przyodziewek, następnie z pomocą drugiego żołdaka, nabił na ostry element płotu, jak wbijało się na pal... Nie da się tego opisać... Zwierzęcy skowyt biednego dziecka, matka mdlejąca w tym samym czasie, wszystko przy akompaniamencie dzikiej radości tych bydlaków... My, zaczajeni, chcieliśmy strzelać, ale dowódca nie pozwolił. Jemu było łatwiej, nie pochodził stąd... A może jestem niesprawiedliwy... Nie mieliśmy szans, ale może ludzie w zamieszaniu zdołaliby czmychnąć..

Na szczęście zamilkło to udręczone dziecko. Nie trwało to długo, lecz było jedynie zapowiedzią dalszych wypadków. Tkwiliśmy w zaroślach, nic nie mogąc zrobić. Nasz oddział, zresztą nieliczny, popasał dziesięć kilometrów dalej. Co było robić? No dobrze, strzelać należało, mimo wszystko... My przynajmniej mieliśmy broń, ostatecznie sami mogliśmy się zabić na końcu... A tamci... Skazani na barbarzyństwo swoich oprawców... Całe życie prześladują mnie tamte obrazy. I wyrzuty sumienia... Trzeba było tam zginąć... Zaraz upatrzyli sobie kolejną ofiarę. Przy dźwięku strzałów ich dowódcy, wyciągnęli ze stłoczonej pod ścianą drewnianego budynku, jakąś młodą kobietę. Obnażyli ją. Kolejno, gwałciło ją kilkunastu brudnych upowców. Straciła przytomność w pewnym momencie. Gdy mieli dość, ocucili ją kilkoma wiadrami wody, zaczerpniętej ze studni. Ocknęła się na swoje nieszczęście. Dwóch brodaczy wykręciło jej ręce do tyłu, dwóch innych nożami odcinało tej biednej dziewczynie piersi... Bolesne wycie biedaczki jeszcze raz przypomniało, że piekło istnieje. Tutaj, na ziemi. I diabłów dostatek...Ona też szybko umilkła. Mimo to jej kaci nie dali za wygraną. Jeden z nich, nieprzytomną, gwałcił jeszcze grubym drągiem, następnie rozciął jej brzuch i bawił się wnętrznościami. Nie żyła już, a oni nadal się pastwili...

 

Nie było im dosyć! W międzyczasie zastrzelili kilkoro innych ludzi... Ci, mogli uważać się za szczęśliwców... Niektórzy, spodziewając się okrutnej śmierci, próbowali uciekać. Jedną z kobiet wrzucili do głębokiej studni. Głową w dół. Mężczyznę, może pięćdziesięcioletniego, położyli na drewnianej ławie. Siekierą zaczęli go rąbać... Robili to zmyślnie, aby męki przedłużyć. Najpierw palce. Później dłonie. Następnie ręce i nogi... Po kawałeczku. Odgłosy, jakie wydawał ten człowiek, nie przypominały ludzkich. Długo był przytomny. Kiedy umierał z wykrwawienia, był tylko korpusem z kikutami nóg... Przerażające... Wycofaliśmy się w głąb lasu. Żaden z nas nie mówił nic. Patrzyliśmy po sobie. Zrozpaczeni. Wszyscy myśleliśmy o tym samym... Ja i kolega mieliśmy żal do dowódcy... Trzeba było strzelać! Był rozkaz, aby nie wdawać się w walkę z przeważającym wrogiem... Ale przecież karność też musi mieć swoje granice! Tak, chłopcze, widziałem już piekło... Wkrótce umrę, ale w piekle już byłem... ''

(Artykuł zawiera fragmenty powstającej książki autora: ''Psychoterapia, czyli pożegnanie z Natalią'')

Autor: 
Jacek Zyguła
Dział: 
Polub Plportal.pl:

Reklama