Ostatnie chwile Tomka Mackiewicza

Reklama

sob., 01/25/2020 - 21:55 -- Anonim (niezweryfikowany)

Tomek walczy. Jego wyczerpany, udręczony wysokością i mrozem organizm z minuty na minutę traci resztki sił. Gdy otwiera usta, zamarza mu język. Kiedy próbuje oddychać, lodowate powietrze pali jego płuca i gardło – pisze Elisabeth Revol w książce "Przeżyć. Moja tragedia na Nanga Parbat". W styczniu 2018 roku akcję ratunkową wspinaczy śledził cały świat. Dwa lata po tych wydarzeniach francuska himalaistka opowiada swoją wersję zdarzeń.

Jest mi potwornie zimno. Czasami muszę się zatrzymać, powyginać ciało w różne strony – kręcę koła ramionami, skaczę w miejscu, biję się po kolanach, żeby jak najwięcej krwi dopływało do kończyn. Rozcieram plecy Tomka. Zachęcam, żeby poruszał się jak najwięcej, bo wydaje się zmrożony, zmumifikowany. Dodaję mu otuchy.

Czołówka oświetla niewiele. Wiem, że wokół jest pustka, zbocze, ale nie myślę o tym, skupiam się na tej odrobinie światła, na chwili obecnej. Chodzi o nasze przetrwanie. Ważne są kroki, które stawiam. Następnie kroki, które stawia Tomek. Nasze dwa ciała, które się równoważą. Koncentracja na chwili obecnej, na aspektach technicznych na chwilę odsuwa dręczące mnie wątpliwości i obawy, obsesyjnie skupiam się na kolejnych ruchach. Kolejne kroki, ręce w kontakcie, i znów to samo – nasze ruchy zazębiają się w niemal automatycznym rytmie.

Czas rozmywa się i rozciąga. Rozmawiam z Tomkiem tyle, ile mogę, na ile pozwala droga. Motywuję go, staram się dać mu nadzieję. Mówię o jego życiu w Irlandii, o jego dzieciach, o Annie, o szczycie i o tym, jak będziemy się rozkoszować ciepłem, gdy już wrócimy do bazy. Ale kontakt z nim jest słaby, odpowiada monosylabami.

Po przejściu terenu mikstowego dochodzimy do urzeźbionego przez wiatr śnieżnego kuluaru. Robi się nieco łatwiej, możemy przyspieszyć. Trzymam za sobą kijek, Tomek chwyta jego drugi koniec i sunie za mną. Uważam na wyprofilowane lodowe fale, czasem podobne do schodów. Cały czas kieruję Tomkiem; czasami go zatrzymuję, gdy spadek jest za duży.

Marznę. Narasta we mnie poczucie krzywdy. Co ja robię w tym piekle? Dlaczego Tomek jest w takim stanie? Nie mógł bardziej na siebie uważać? Czuję, że ta sytuacja jest strasznie niesprawiedliwa. Dlaczego mój partner od liny zawsze nawala podczas wyprawy? Dlaczego ciągle kończę w takim bajzlu? Gdzie się podziały wszystkie nasze zasady, reguły, których zawsze przestrzegaliśmy: wsłuchiwać się w siebie, zachować jasność umysłu, rozsądek, szanować własne ograniczenia i zawracać, gdy pojawią się pierwsze znaki ostrzegawcze?

Zapadam się w otchłań nocy. Patrzę do tyłu na Tomka – nie ma komina Buffa 5, nos całkiem mu zsiniał. Wołam:

– Hej, załóż buffa [tuba z elastycznego materiału stosowana do ochrony przed złymi warunkami pogodowymi. Można założyć ją na szyję i zasłonić twarz, nos, można też jej używać jako opaski, czapki, kominiarki - red.]z powrotem na twarz!

Ale Tomek ma problemy z oddychaniem, więc znów zsuwa komin. Zatrzymuję się.

– Tom, załóż to, nos ci odpadnie.

– Éli, nie mogę oddychać! Duszę się!

Jego słowa huczą i wirują w mojej głowie. Obrzęk mózgu? Mój Boże, czy zaczyna się obrzęk? Klnę na wiatr, wpadam w rozpacz, jestem przerażona – jak szybko pogarsza się jego stan! Znów ogarnia mnie panika.

– Éli, strasznie mi zimno w ręce.

Czym prędzej wyciągam apteczkę. Zdejmuję rękawiczki, wyciągam dawkę deksametazonu, silnego kortykosteroidu zalecanego w przypadku obrzęku mózgu, wyciągam strzykawkę. Rękawice wsuwam do kombinezonu, żeby zachowały ciepło. Próbuję zrobić zastrzyk, ale po wbiciu w kombinezon igła się łamie!

– Tom, k…, co masz pod kombinezonem?

– Goreteks, mam warstwę goreteksu.

– Cholera!

Mam tylko jedną igłę w tym pudełku, to apteczka ratunkowa, inne zostały w obozie IV.

Grzebię w pudełku z lekarstwami, daję mu cztery cztery stumiligramowe tabletki deksametazonu – to duża dawka, moim zdaniem adekwatna do jego gabarytów. Staram się postępować zgodnie z zaleceniami, które przed wyjazdem dał mi lekarz.

Wymieniamy rękawiczki. Tomkowi jest już odrobinę cieplej. Ruszamy. Oddycha trochę lepiej, ale nie na tyle, żeby wytrzymać w ochraniaczu na twarzy. Musimy jak najszybciej zejść z tej wysokości. To jest najważniejsze.

Ostra choroba wysokogórska, wysokościowy obrzęk płuc? Co dokładnie jest Tomkowi? Nie wiem, ale widzę, że jest bardzo źle. Kiedy zatkają się naczynia krwionośne ważnego narządu, takiego jak płuca lub mózg, wzrasta ciśnienie krwi i spada objętość osocza. Takie nadciśnienie prowadzi do śpiączki, w przypadku obrzęku płuc niszczy płuca, przy obrzęku mózgu – układ nerwowy.

Obrzęk oznacza stan najwyższego zagrożenia, trzeba jak najszybciej zejść niżej, z nadzieją, że jeszcze nie jest za późno – ponieważ gdy dochodzi do obrzęku, mózg czy płuca zostają jakby utopione. Nie mamy przy sobie tlenu, który mógłby spowolnić nieuchronną retencję płynów i wzrost ciśnienia w płucach Tomka.

Popycham go, zachęcam, walczę. Byle w dół, byle stąd uciec. Nie przestaję do niego mówić. Nie wiem, czy rozumie moje rady, czy w ogóle je słyszy. Wydaje się zagubiony, jakby błądził gdzieś myślami, pogrążony w swoim cierpieniu. A zaledwie kilka godzin temu byliśmy tacy szczęśliwi.

Kontroluję jego ruchy, potem moje. Nieustannie obracam głowę, tam i z powrotem, z dołu do góry – przed siebie, na Tomka; przed siebie, na Tomka; przed siebie, na Tomka... Znów działam w trybie automatycznym.

Moja jedyna motywacja, moja mantra – dojść do obozu IV, potem do bazy, w końcu dotrzeć do domu. Przeżyć. Tomek zobaczy Annę, ja wtulę się w ramiona męża. Ten horyzont wydaje się nieskończenie odległy, ale gdy wszystko wokół się wali, to mój jedyny motor napędowy.

Zaczynamy schodzić kuluarem. Wbijam raki w śnieg. Żeby prowadzić Tomka, trzymam kijek za sobą, on chwyta drugi koniec. W drugiej ręce mam czekan. To mój jedyny sposób, żeby zatrzymać upadek, gdyby Tomek się poślizgnął. O wiele lepiej i wygodniej byłoby użyć liny. Tyle że nie mieliśmy żadnego powodu, żeby ją ze sobą zabrać... prócz tego jednego – wypadku.

Uświadamiam sobie, że nie schodzimy już tą samą drogą, którą wchodziliśmy. Idziemy, jest stromo, więc przemieszczamy się powoli, ale nie jest najgorzej. Jak tylko mogę, staram się podtrzymać Tomka na duchu. Jednak on jest wciąż nieobecny, prawie nic nie mówi, odpowiada tylko "tak" lub "nie".

Wbijam w twardy śnieg czekan, potem zęby raków. Kolejny krok w dół. Tomek podąża za mną, ale nie ma już czekanów – co się z nimi stało?

Robi się bardziej stromo. Uspokajającą biel pożera otchłań nocy. Jesteśmy na dole kuluaru. Trudno rozpoznać cokolwiek poza tym. Zostawiam Tomka na półce skalnej i szukam najlepszego przejścia. Pamiętam, że na końcu kuluaru jest bariera skalna, więc musimy skręcić wcześniej. Kolejny raz zdaję się na instynkt. I dziesięć metrów niżej trafiam na miejsce, przez które da się przejść!

Zapisuję w pamięci ścianę i trasę. Wyłączam czołówkę i pół minuty czekam w ciemności, żeby wzrok przestawił się na widzenie nocne. Teraz dostrzegam więcej. Nie jest źle, śnieżna rampa prowadzi nas z powrotem na stok. Jak najszybciej wracam do Toma. Nogi mnie pieką, dyszę, tracę kontrolę nad własnym ciałem. Mam wrażenie, że serce, zmuszone do takiego wysiłku, zaraz pęknie. Nie chcę tracić czasu, korzystam z okazji, aby się rozgrzać, ale tempo, które sobie narzucam, jest mordercze.

– OK, Tom, idziemy. Weź moje kijki, pójdziemy tak dziesięć metrów, a potem złapiesz mnie za ramię, jak na początku.

Trawersujemy strome przejście uformowane przez wiatry, pełne różnej wielkości nieregularnych wyrw i zasp, potem docieramy do terenu mikstowego. Muszę być bardzo uważna. Czasami ustawiam Tomka twarzą do ściany, żeby miał lepsze oparcie. Udało mu się pokonać najbardziej stromy fragment. Cały czas jestem przy nim. Idziemy do przodu.

Schodzimy. Ale wciąż jesteśmy za wysoko. Podaję mu rękę i koordynuję kilka kolejnych kroków. Udaje się nam pokonać ten trudny fragment. Wbijam ostrze czekana głęboko, żeby mieć solidne oparcie. W tym miejscu śnieg jest już mniej zbity, stok w końcu robi się łagodniejszy. Trawersujemy dalej, wreszcie dochodzimy do poręczówek. Mam przypływ optymizmu – za kilka godzin będziemy się grzać w naszych śpiworach.

Lodowaty nocny wiatr zmusza mnie do ruchu. Żeby się rozgrzać, wymachuję energicznie ramionami. Ile przy tej wichurze jest stopni? Minus 50, minus 60? Mniej? Nie wiem, ale temperatura odczuwalna w tych mroźnych podmuchach jest przerażająca – nigdy w życiu nie doświadczyłam tak przenikliwego zimna, na granicy ludzkiej wytrzymałości.

– Jak tam, Tom? Zimno ci?

– Tak! Jest mi zimno!

Energicznie pocieram jego plecy.

Analizuję teren. Wciąż jesteśmy wysoko, za wysoko. Musimy zejść. Ile tylko damy radę. Dzięki łączącej nas bardzo silnej więzi, dzięki automatycznym zachowaniom, które wypracowaliśmy podczas naszych wcześniejszych wspólnych wypraw, ten awaryjny tryb zejścia włączył się w sposób naturalny.

Tomek walczy. Jego wyczerpany, udręczony wysokością i mrozem organizm z minuty na minutę traci resztki sił. Gdy otwiera usta, zamarza mu język. Kiedy próbuje oddychać, lodowate powietrze pali jego płuca i gardło.

Przygniata mnie żal, jego ból przeszywa mi serce. Jego ciało jest już tylko cierpieniem, a ja nie mogę nic zrobić, żeby mu w tym ulżyć.
Biorę głęboki oddech i odwracam wzrok od jego twarzy. Na szczęście ciemna noc odrywa mnie od trudnego zniesienia widoku Tomka. Myśli kłębią mi się w głowie. Idziemy dalej w ciężkiej jak ołów ciszy.

Nagle czuję się taka samotna, taka słaba.

Na zboczach u stóp piramidy szczytowej oświetlam Tomka moją czołówką. Ma zupełnie biały, pokryty szronem nos. Z ust cieknie mu krew. Ta krew mnie przeraża. W oczach wyczerpanie, cierpienie, strach. Wstrząśnięta, nie jestem w stanie już nic więcej powiedzieć. Pokazuje mi ręce, palce ma rozcapierzone jak szpony.

"Éli! Nie mogę ich złożyć!".

Myślę, że oboje zdajemy sobie sprawę, że jego dłonie są stracone. W bazie, w oczekiwaniu na moment, gdy wreszcie będzie można wyruszyć, Tomek długo opowiadał mi o swoich przeżyciach z Nangi z 2015 roku, o cierpieniu po upadku w szczelinę, z której udało mi się go wydostać, o odmrożonych palcach u stóp. Za późno zaczął je leczyć, w rany wdało się zakażenie. Wiele wycierpiał i bardzo nie chciał ponownie do tego dopuścić.

"Nie mogę już mieć odmrożeń – mówił. – Potrzebuję rąk do pracy. Inaczej nie będę w stanie nic zrobić!".

Mróz jest straszny, Tomek nie przestaje się trząść. Mocno go obejmuję i przytulam.

Prosi mnie o kolejną pigułkę, inaczej nie da rady iść.

W bazie pokazał mi małą, zaokrągloną pastylkę i wyjaśnił: "Ten lek pomaga, gdy już nie możesz iść". Nie była to, jak na początku sądziłam, amfetamina, ale jakaś inna substancja pobudzająca.

Próbuję go uspokoić. "Tomek, musimy schodzić. Złap mnie za ramię i zejdziemy do poręczówek".

Trzymam go, bo może podpierać się tylko ramieniem, jego dłonie są bezużyteczne. Idziemy trawersem. Dla bezpieczeństwa wpięłam go karabinkiem, siebie też – tak dotarliśmy do końca poręczówek. Tomek jest skrajnie wyczerpany. "Tom, każdy metr do przodu to zwycięstwo, obóz coraz bliżej. Chodź, bądź dzielny!".

W głowie mam pustkę. Muszę koncentrować się na tym, co za chwilę. Muszę działać dalej, ale nie daję rady. Widzę tylko twarz Tomka, nie mogę się pozbyć tego przerażającego obrazu. Boże, zrób coś!

Dociera do mnie, że nie zdołamy dotrzeć do namiotu. Jesteśmy na wysokości 7522 metrów. Dalibyśmy radę schodzić, ale nie trawersować, nie wspinać się w kierunku lodowca Diama.

Tom nie może, już nie jest w stanie. Jesteśmy w pułapce, w tej pułapce, o której tyle myślałam w bazie, o której tak długo dyskutowaliśmy. W głębi duszy wiem też, że jeśli się zatrzymamy, to będzie koniec – już się nie podniesiemy.

Płynąca z ust Tomka krew budzi moje przerażenie. Jeśli nie zorganizuję dla niego pomocy, zamarznie tutaj uwięziony na Nandze. Zawsze radziliśmy sobie sami, świadomi ryzyka, jakie podejmowaliśmy, wybierając styl alpejski, idąc na lekko. Ale teraz nie dbam o nasze zasady, po prostu muszę zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby go wyrwać ze szponów tej góry.

Muszę wezwać ratunek, to mój obowiązek, dla Tomka to sprawa życia i śmierci. Łamię kodeks, nasz wspólny kodeks, ale tak boję się o niego, o jego życie.

Godzina 23.10. Wysyłam wiadomość do męża i rozpaczliwy apel do Ludovica: "Tomek need rescu soon frosbite and he didn’t see nothing pleas manage something with ali sonner as you can [Tomek pilnie potrzebuje pomocy ma od - mrożenia nic nie widzi proszę zorganizujcie coś z Alim jak najszybciej]. Wysokość: 7522 m".

Wysyłam też wiadomość do Anny i Altafa, pakistańskiego wojskowego przebywającego w obozie bazowym.

Ludo odpowiada natychmiast: "OK".

Od razu czuję się inaczej. Nie jestem już sama, inni też pomogą Tomkowi. Jean-Christophe, Anna i Ludo są z nami.

Na zmartwiałej twarzy Tomka pojawia się cień nadziei. Wracam myślami do dyskusji z Tomkiem, Alim i Danielem o ratownictwie górskim w Pakistanie, o tym, do jakiej wysokości da się tutaj dotrzeć. Loty rozpoznawcze na ponad siedmiu tysiącach metrów na Gaszerbrum I i nad grań Mazeno zakończyły się powodzeniem. Ale wylądować śmigłowcem? Przeprowadzić akcję ratunkową? Przy takim wietrze, w tej temperaturze? Mówię Tomkowi, co myślę. Jesteśmy za wysoko, musimy jeszcze trochę zejść. Czekam na wieści od Ludo.

Jean-Christophe wysyła mi pocieszającą wiadomość i uprzedza, że Ludo będzie przekazywał wiadomości – żebym nie dublowała informacji, nie marnowała baterii. Ludo będzie łącznikiem między Europą, Pakistanem i mną.

Teraz nie czuję się już tak samotna. Odzyskuję odrobinę energii, tak nam obojgu potrzebnej. Prócz strasznego obrazu Tomka i jego odmrożeń w mojej głowie na małą chwilkę, na ułamek sekundy pojawia się nadzieja. W czaszce, która zdawała się ściśnięta w imadle, czuję wreszcie odrobinę powietrza. Nie jesteśmy już tak zupełnie sami w walce z groźną górą. Anna wysyła Tomkowi pozytywne wibracje, Jean-Christophe koi moje nerwy czułymi, uspokajającymi słowami, Ludo prowadzi mnie i informuje.

Mimo że jesteśmy tu sami, w straszliwym mrozie, w przerażającej nocnej ciszy, przestała mnie aż tak przygniatać świadomość odosobnienia.

Nowa wiadomość od Ludo: "Organizujemy, nie narażaj się, schodź, jeśli trzeba". Odpowiadam natychmiast. "Dzięki jesteśmy w dupie zamarzam i strasznie boję się o Tomka". Znów zaczynamy schodzić. Teren jest łatwiejszy, a co najważniejsze, mogę wpiąć nas do poręczówek. Trzymam Tomka za łokieć, nie chcę urazić jego odmrożonych dłoni. Mówię mu o akcji ratowniczej, którą organizuje Ludo. Ale oboje wiemy, że wciąż jesteśmy o wiele za wysoko, żeby podebrał nas helikopter.

Mogę schodzić, prowadząc Tomka i czytając SMS-y od Ludo. Ale nie mogę na nie odpowiadać. Nie ma mowy o zdjęciu rękawic, palce zamarzają w pięć sekund.

Ludo próbuje mnie uspokoić. 23.27: "Jestem w kontakcie z Alim. Próbuje to zorganizować. Na 100% gotowość jutro rano". Ale minutę później nowa wiadomość: "Możesz zejść sama? Oprócz Alego staramy się znaleźć inny ratunek".

Mija piętnaście minut. Tomek jest u kresu sił, potrzebuje przerwy. Sadzam go na wierzchołku śnieżnej fali, nie jest już w stanie kucnąć. Opiera o mnie głowę, własnym ciałem chronię go od wiatru. Nie pojmuję tego, co pisze Ludo. Przecież nie zostawię Tomka!

Dla niego wezwałam ratunek, to nie ja jestem w niebezpieczeństwie, tylko on! Trzeba mu pomóc, jak najszybciej musi znaleźć się na dole. Dlaczego Ludo każe mi iść samej?
Odpisuję : "Nie zostawię Toma", "dla mnie to kicha, lodowiec jest za daleko dla Toma". Ucinam dyskusję, lodowiec jako opcja odpada. I tyle. Priorytetem jest Tomek.

Wyłączam inReacha. "No już, kochany, idziemy, trzeba się ruszyć, inaczej nie da rady. Musimy iść, Tom. No chodź!".

Ale on ani drgnie. "Chodź, Tom! Chodź!". Pomagam mu stanąć na nogi. Cierpi, jęczy. W duchu cały czas się modlę. O to, żeby się dało go uratować, żeby się dało ulżyć mu w cierpieniu. Wpinam karabinek Toma do poręczówki, łączę jego uprząż z liną za pasek – jest zabezpieczony na wypadek upadku. Poręczówka jest widoczna, nie zakopała się pod śniegiem, można jej użyć. Niewiarygodne szczęście trafić na coś takiego w środku zimy! Znów przystępujemy do schodzenia.

Wiatr pracowicie wyrzeźbił w śniegu figury. W świetle czołówki ujawnia się śnieżna zaspa o wysokości dobrego metra. Pomagam Tomowi zejść, choć z trudem dźwigam jego ciężar. Dwa kroki do przodu i znów bolesna przeprawa – dopiero z trudem zeszliśmy, a już trzeba się wdrapywać.

Wchodzenie do góry jest dla Tomka prawie niemożliwe. Rakami formuję w śniegu stopnie, żeby stworzyć dla niego wygodną drogę. Stoję przed nim zgięta wpół i podtrzymuję go oboma ramionami. Ciągnę z całej siły. Na próżno. Nie jest już w stanie opierać się na palcach nóg.

Muszę to zrobić inaczej. Znów schodzę. Wycinam stopnie czekanem. Mam nadzieję, że są wystarczająco szerokie, żeby mógł postawić całą stopę. Tom usiadł i czeka. Opuścił głowę, ramiona złożył na piersi, kolana przyciągnął do ramion. "Tom! Tooom!".

Z najwyższym trudem unosi głowę. Strużka zamarzniętej krwi zwisa z dolnej wargi i osiada czerwonawymi kryształami na brodzie. Czas się zatrzymuje. Każda sekunda trwa wieczność. Serce wali mi tak, że aż dudni w uszach. Kucam obok Tomka, lewą rękę kładę na jego głowie, prawą obejmuję go pod pachą. Przyciągam jego głowę do mojej, czołem opieram się na jego kapturze.

Milczę przerażona – sytuacja jest upiorna. Spomiędzy skamieniałych od mrozu szczęk Tomka wydobywa się szept:

"Éli, już nie mogę, muszę się zatrzymać. Muszę odpocząć".

Autor: 
---------------
Źródło: 

wp.pl

Dział: 
Polub Plportal.pl:

Reklama