„Obywatel K”. W Wenecji odbył się pokaz amerykańskiego filmu o Michaile Chodorkowskim

Reklama

śr., 09/11/2019 - 15:01 -- koscielniakk

Na festiwalu filmowym w Wenecji 31 sierpnia pokazano dokumentalny film Alexa Gibneya „Obywatel K” — film o Michaile Chodorkowskim i najnowszej historii Rosji. Krytyk filmowy „Meduzy” Anton Dolin opowiada, dlaczego ten film nie będzie niczym nowym dla rosyjskiego widza, ale zostanie pierwszym zachodnim obrazem, opisującym lata putinowskiej prezydentury bez autorskich ocen.

To nie pierwszy i nie drugi film zrobiony na temat losu Michaiła Chodorkowskiego, znanego na całym świecie biznesmena — więźnia politycznego i opozycjonisty,
w którym wielu widzi osobistego wroga Władimira Putina. Nawet nie pierwszy zaprezentowany na prestiżowym festiwalu międzynarodowym: w 2011 (Chodorkowski jeszcze był w więzieniu) na Berlinale został pokazany obraz Cyrila Tuschi, gdzie dokumentalne zdjęcia łączyły się z animacją. Jednocześnie film Amerykanina Alexa Gibneya, laureata nagród „Emmy” i „Oscar”, znanego nam przede wszystkim z sensacyjnego obrazu o scjentologii „Droga do wyzwolenia” pretenduje do tego, by stać się najbardziej trafną i w jakimś sensie wyczerpującą wypowiedzią o będącym w niełasce rosyjskim oligarsze.

Oryginalny tytuł „Obywatel K” nawiązuje, rzecz jasna, do „Obywatela Kane’a” Orsona Wellsa, fundamentalnego filmu o władzy rządzących, ich tajemnicach i dramatach. Poza tym „K” to w alfabecie łacińskim — pierwsza litera nazwiska bohatera, Khodorkovsky. Po rosyjsku również „Obywatel K” robi wrażenie. Przecież Chodorkowski do tej pory, chociaż napisano o nim wiele tomów najróżniejszej literatury, — to „iks”, równoważny z kilkoma niewiadomymi.

Obraz Gibneya nie odkryje żadnych sekretów, jednakże bardziej zrozumiałego i wszechstronnego portretu Chodorkowskiego od obcokrajowca nie można było oczekiwać.

Raczej nie zostanie to docenione w Rosji, „Obywatel K” najpewniej nie trafi też w niej do dystrybucji. Pierwszą oczywistą przyczyną — jest fakt, że portret Władimira Putina wyszedł dosyć surowo. Jest i druga: tego typu kino mało komu się podoba. Pozycja „bycia ponad sporem”, którą przyjmuje reżyser jest idealna dla amerykańskiego dokumentalisty, ale Rosjaninowi może wydać się oburzająca. U nas przyjęte jest opowiadanie się po jakiejś stronie: albo uważasz Chodorkowskiego za zbrodniarza, zabójcę i złodzieja, który powinien siedzieć w więzieniu albo jest on dla Ciebie — tylko i wyłącznie więźniem sumienia, męczennikiem i uosobieniem liberalnej idei. Gibney unika zbędnego patosu i nie chce opowiadać się po żadnej ze stron: to nie jego wojna. Poza tym w „Obywatelu K” nie ma nic sensacyjnego czy skandalicznego, wszystkie przedstawione w nim fakty są mniej lub bardziej znane. A my przyzwyczailiśmy się do tego, że dokumentalny film na temat polityczny — jest albo zdemaskowaniem albo chociażby wyrazistą polemiką, takim „lʼaccuse”.

Gibney nikogo nie obwinia. Zamiast tego opowiada nam historię. I jest ona niezwykle wciągająca, przy czym nie tylko dla osoby z zewnątrz lub mało zorientowanej. Wyjątkowo amerykańską umiejętność, by wszystkie środki artystyczne pracowały na korzyść fabuły, Gibney demonstruje w sposób wybitny. W „Obywatelu K” nie ma wyrafinowanej formy czy rzadkich kadrów (chociaż zajmujący centralne miejsce w kompozycji wywiad z Chodorkowskim wyszedł bardzo interesująco), został on nakręcony i zmontowany w sposób tradycyjny, towarzyszy mu dramatyczna ścieżka dźwiękowa w bardzo telewizyjnym duchu. Nie jest to jednak wadą filmu, a starannie wybranym przez autora językiem. Chciał on, by nic nie przysłoniło podstawowego celu: by samemu zrozumieć i opowiedzieć innym czym jest współczesna postsowiecka Rosja.

Film jest właśnie o tym. To trawienie najnowszej historii FR „dla początkujących”. Chodorkowski tylko formalnie jest głównym bohaterem, w niektórych momentach
zupełnie przestaje nim być, zamieniając się w narratora. Przy minimalnej ilości retrospektyw i naruszeń chronologii, nie odchodząc w stronę teorii i spekulacji, prawie nie dopuszczając do swojego opowiadania humoru, unikając osądów i aprobaty, Gibney sprawnie przekształca wielkie i wieczne bagno tragicznego rosyjskiego życia w epopeję o transformacji kraju, państwa i żyjącego w nim człowieka, poczynając od 1991 roku i kończąc na wyborach prezydenckich w 2018 roku. Nie patrzy z wysoka a z boku i dla nas jest to niezwykłe.

Gibney znalazł sposób, by powiedzieć o najbardziej ostrych, palących, nieznośnych tematach, unikając jednoznacznego podejścia i agresywnej propagandy. Przykładowo Chodorkowski w jego filmie w żaden sposób nie różni się od reszty oligarchów, którzy w latach 1990-tych wykorzystali prawną próżnię do tego, by się wzbogacić. Jego uwadze nie uszły ani wybory 1996 roku, ani aukcje zastawne, szczegółowo zatrzymuje się na zabójstwie mera Nieftiejuganska Władimira Pietuchowa. Przy tym ani nie obwinia on swojego bohatera ani nie usprawiedliwia, jedynie informuje o śledztwie, o wyrażanych przez ekspertów wątpliwościach związanych z jego obiektywnością. W taki też sposób mówi on o wybuchach bloków mieszkalnych w 1999 roku i o tym, że o ich zorganizowanie obwiniano FSB i bezpośrednio Putina. Sam jednak się do tych głosów nie przyłącza.

W „Obywatelu K” nie ma dobrych i złych: to film o skomplikowanym kraju i skomplikowanych ludziach. Nie ma w nim chaotycznego nagromadzenia faktów,
z którymi widz musiałby sobie poradzić sam. Gibney próbuje zająć pozycję nie dziennikarza (chociaż wśród „mówiących głów” w jego filmie występują głównie dziennikarze, przede wszystkim, pracujący w Rosji obcokrajowcy), a historykai popularyzatora. Oglądając go człowiek nie czuje się ani mieszkańcem „bananowej republiki” ani obywatelem „wielkiego imperium”, a jedynie więźniem chciwości, brutalności i braku skrupułów tych, którzy — przez czysty przypadek dostali władzę w postsowieckim świecie.

Chodorkowski przecież jest interesujący dzięki temu, że przeszedł niewiarygodną drogę od władzy do bycia takim właśnie więźniem, uświadomił to sobie
i przeszedłszy przez więzienie, zapracował na nie tylko faktyczną, ale i wewnętrzną wolność. Inaczej można wyjaśnić jego dobrowolnego udziału (i ogólnie współautorstwa) w na tyle niepochlebnym w stosunku do niego filmie i obecność na premierze, na której, nawiasem mówiąc, i reżysera i jego bohatera publiczność przywitała długą i szczerą owacją.

Autor: 
Антон Долин/Tłum.: Natalia Uryga-Prokhorenko
Źródło: 

meduza.io

video: 
Polub Plportal.pl:

Reklama