Akcja ratunkowa i likwidacja skutków katastrofy

Reklama

czw., 04/27/2017 - 00:13 -- zzz

  W kilka minut po eksplozji pod IV blokiem zjawiły się pierwsze jednostki straży pożarnej z elektrowni (d-ca por. Władimir Prawik) i z Prypeci (d-ca por. Wiktor Kibienok). Wkrótce dołączyli do nich strażacy z Czarnobyla (d-ca mjr Leonid Tielatnikow), a jeszcze później, nad ranem, z Kijowa.

Strażacy znali doskonale konstrukcję elektrowni, był to przecież obiekt który mieli ochraniać. Z początku mogli nie wiedzieć, że rozerwany został reaktor, ale bardzo szybko natknęli się na paliwo i grafit, które były wszedzie, a to mogło oznaczać tylko jedno. Znaleźli się też w hali gdzie w miejscu reaktora zastali ziejacy krater. Żaden z nich się jednak nie zawahał, z pełną świadomością poszli na śmierć... Diatłow w kwietniu 1991 r. powiedział: "Jestem głeboko przekonany, że 26 kwietnia strażacy uratowali nas od globalnej katastrofy. Gdyby ogniska pożaru, które zlikwidowali, przemieniłyby się w wielki pożar i przerzuciłyby się na inne bloki, pracujące z nominalną mocą, to skala tragedii byłaby niewspółmiernie większa. Na temat śmierci strażaków jest jedno „ale”: nawet gdyby mieli na sobie specjalne ubranie, i tak by nie uratowałoby to ich od promieniowania gamma. Ci strażacy, którzy gasili na dachu ogniska wywołane przez wyrzucone z reaktora paliwo, są bezwarunkowo bohaterami. Uchronić ich od śmierci mógł wyłącznie automatyczny system gaszenia pożaru. Ale takiego na dachu nie było. Dlatego powinniśmy się pokłonić w geście pamięci o tych bohaterskich ludziach". Na dachu i w hali panował tak wysoki poziom promieniowania (dochodzący do 100 Sv/h), że ci którzy znaleźli się najbliżej reaktora pochłonęli w ciągu kilkudziesięciu minut akcji dawki kilkukrotnie przekraczające poziom śmiertelny. Po kilku minutach zaczynali czuć się źle, potem wymiotowali, tracili przytomność, byli znoszeni na dół i odwożeni do szpitala. Dziś Anatolij Zacharow, jeden z tych, którzy mimo ciężkiej choroby przeżyli, mówi: "Oczywiście, że wiedzieliśmy! Gdybyśmy trzymali się wytycznych, nigdy nie podeszlibyśmy w pobliże reaktora. Ale to był moralny nakaz - nasza służba! Byliśmy jak Kamikadze". Jednak pierwszymi ofiarami byli dwaj pracownicy elektrowni, na których zawaliła się hala. Jeden zginął na miejscu, drugiego w bardzo ciężkim stanie przewieziono do szpitala, gdzie nad ranem zmarł. Wielu pracowników uległo silnemu napromieniowaniu. Radioaktywny pył i para dostały się do sterowni IV bloku, operatorzy również otrzymali bardzo wysokie dawki. Szczególnie tyczyło się to Akimowa i Toptunowa, którzy przez wiele godzin trwali na swoich stanowiskach, próbując schładzać wodą nieistniejący już reaktor. Nikt do końca nie wierzył w możliwość jego zniszczenia, uważano że wybuch nastąpił w innym miejscu i reaktor należy ochraniać za wszelką cenę. Akimow, Toptunow i wielu pracowników tej zmiany w wyniku silnego napromieniowania zmarło po kilku tygodniach. Diatłow wkrótce był zmuszony opuścić sterownię i udać się do schronu, gdzie złożył raport dyrekcji elektrowni. I choć w krótkim czasie otrzymał dawkę w zasadzie uważaną za śmiertelną, to mimo ciężkiej choroby przeżył.
 

 

        Pożar budynków elektrowni ugaszono, ale rozpalony do białości grafit w rdzeniu nadal płonął i emitował ogromne ilości promieniotwórczych zanieczyszczeń do atmosfery. Rozpoczęto zasypywanie pożaru piaskiem zrzucanym ze śmigłowców, pierwsze pomiary dozymetryczne w Prypeci i okolicach. A tymczasem... nikt nie poinformował mieszkańców, co się tak naprawdę dzieje. Dzieci normalnie poszły do szkół, bawiły się na dworze. Dopiero 27 kwietnia ogłoszono ewakuację miasta, jak mówiono na 3 dni. Ludzie pakowali się do sprowadzonych z Kijowa autobusów, zabierając tylko niezbędne rzeczy, nie wiedząc, że opuszczają swoje mieszkania na zawsze. Część mieszkańców opuściła miasto pociągiem lub własnymi samochodami. 

        Zintensyfikowano loty śmigłowców, sypiąc do reaktora mieszankę piasku, boru, dolomitu, gliny i ołowiu. Po kilku dniach przyniosło to skutek - emisja zanieczyszczeń zmalała. Powstała jednak groźba, że rozpalony rdzeń, obciążony z góry, przepali betonowy fundament i wpadnie do znajdującego się pod nim wypełnionego wodą zbiornika rozbryzgowego, co skutkowało by kolejną eksplozją pary i wodoru, o wiele silniejszą niż pierwotna; eksplozji, która nie dość, że wyrzuciłaby w powietrze cały rdzeń, to prawdopodobnie również cały sąsiedni III reaktor... Byłaby to gigantyczna katastrofa, wielokroć gorsza niż wszystko, co wydarzyło się dotąd. Zbiornik wypompowano, dodatkowo trzech ochotników otworzyło ręcznie zawory, by wypuścić resztki wody. Aby jednak zapobiec przebiciu się stopionego rdzenia do pustego zbiornika, a potem przez jego fundament do wód gruntowych, które skaziłyby cały Dniepr, postanowiono wybudować w pustym zbiorniku wymiennik ciepła. Z udziałem tysięcy górników powstał tunel z hali bloku III pod blok IV, kończący się komorą znajdującą się bezpośrednio pod reaktorem. Ostatecznie wymiennika nie wybudowano, jedynie wypełniono komorę betonową „poduszką”. 3 maja szczątki roztopionego rdzenia przebiły się do pustego zbiornika rozbryzgowego gdzie pozostały do dziś. Gdy stwierdzono, że reakcja łańcuchowa została przerwana, postanowiono całość przykryć specjalną budowlą - „sarkofagiem”. Powstał jedyny w swoim rodzaju projekt, bardzo trudny do zrealizowania. Sarkofag trzeba było postawić w polu potężnej radiacji, opierając go o ruiny hali IV bloku, montując go przy pomocy śmigłowców i zdalnie sterowanych dźwigów. Raz osadzonego elementu nie można było już przesunąć. Co gorsza okazało się, że cały dach bloku III i hali turbin jest zasłany wyrzuconymi w czasie eksplozji kawałkami grafitu i prętów paliwowych; należało go oczyścić. Ze względu na zabójczo wysokie promieniowanie, zadanie to miały wykonać zdalnie sterowane roboty. Niestety ich elektronika nie wytrzymywała takiego poziomu radiacji, ponadto grzęzły wśród gruzu i pozostawionych węży strażackich. Na dach wysłano więc żołnierzy, nazywanych bio-robotami. Obłożeni ołowianymi płytami, z łopatami w rękach, mieli parę sekund, by wbiec na dach, nabrać na łopatę nieco gruzu i zrzucić go poza krawędź dachu, po czym uciekać ile sił w nogach. Do dziś nie wiadomo, jak wysokie dawki promieniowania otrzymali. Zadanie jednak wykonano i w ciągu paru miesięcy pogrzebano ruiny reaktora pod charakterystycznym „sarkofagiem”. Skażenie terenu wokół elektrowni było różne, najsilniejszy poziom promieniowania odnotowano na północnym zachodzie i północnym wschodzie, w większości na terenie Białorusi oraz Ukrainy, choć nawet w Rosji trafiły się miejsca, w których z powodu opadów deszczu skażenie było wysokie. Wokół elektrowni utworzono zamkniętą strefę, z której wysiedlono całą ludność; domy w kilku miejscowościach zniszczono i zakopano, górną warstwę gleby zebrano i również zakopano głębiej. Przez Zonę przewinęła się armia 600000 likwidatorów awarii, przesiedlono łącznie ok. 350000 ludzi... całkowity koszt likwidacji skutków katastrofy wyniósł ok. 18 mld dolarów, koszty ludzkie są nie do oszacowania.

        Najgorszy los stał się udziałem strażaków i członków załogi, którzy w początkowym okresie akcji ratunkowej walczyli o uratowanie reszty elektrowni. Przewieziono ich (prócz Aleksandra Leleczenki, którego stan był zbyt poważny, by mógł być transportowany samolotem) do specjalistycznego szpitala nr 6 w Moskwie, do kliniki czołowej radzieckiej specjalistki od choroby popromiennej - dr Angeliny Guskowej. Jednak nawet tam niewiele można było im pomóc. Niektórzy otrzymali dawki rzędu 25 Sv, podczas gdy dawka 6 Sv jest uznawana za śmiertelną... Umierali w straszliwych męczarniach, na oczach swoich najbliższych. Nic nie dały przeszczepy szpiku kostnego, wykonane przez amerykańskich specjalistów - dr Roberta Gale'a i dr Paula Terasaki. Nie było szansy uratowania tych pacjentów; nie tylko ich szpik kostny, ale też tkanki w wielu innych narządach uległy zniszczeniu. Znalazłem informację, że oczy Władimira Prawika, pierwszego dowódcy akcji gaśniczej, zmieniły barwę z brązowej na błękitną, co by oznaczało, że promieniowanie zniszczyło pigment w tęczówce... Mimo wszystko niektórzy pacjenci przeżyli i wrócili do częściowego zdrowia, choć otrzymali dawki promieniowania uważane za śmiertelne. Przykładem może być Petro Pałamarczuk, który dostał niemal 8 Sv, gdy wynosił z elektrowni ciężko rannego kolegę. W wyniku choroby stracił włosy, paznokcie, całe fragmenty skóry, wzrok... ale jego szpik jakimś cudem sam się odrodził (nie otrzymał przeszczepu), odzyskał wzrok, rany zaczęły się goić i powrócił do względnego zdrowia. Także Anatolij Diatłow, napromieniowany dawką 5,5 Sv, już w rok później, na swoim procesie, wyglądał i funkcjonował zupełnie dobrze. Bezpośrednio w katastrofie śmierć poniosło 30 osób - Walery Chodemczuk i Władimir Szaszenok, którzy zginęli w noc eksplozji, Aleksander Leleczenko, który bardzo ciężko napromieniowany zmarł w szpitalu w Kijowie, 6 strażaków i 19 pracowników, którzy zmarli w szpitalu nr 6 w Moskwie oraz 2 pracowników fabryki turbin biorących udział w eksperymencie. Jedno ze źródeł podaje również, że pod mostem w Prypeci znaleziono niezidentyfikowane ciało, ale ciężko uznać, że jest to pewna ofiara katastrofy. To oficjalne dane ZSRR, o innych ofiarach nie mówiono. Nie ma wszak wątpliwości co do śmierci czterech członków załogi śmigłowca, który rozbił się w wyniku zaczepienia wirnikiem o dźwig w czasie akcji gaszenia reaktora. Według zachodnich źródeł zmarło również trzech ochotników, którzy odkręcali zawory, by ręcznie spuścić wodę ze zbiornika rozbryzgowego. Wiele osób zmarło w kilka lat później, w wyniku chorób związanych z silnym napromieniowaniem, a skutki ekspozycji mogą pojawić się dopiero w następnych pokoleniach.

        Istnieje również alternatywna wersja wydarzeń, jej propagatorem jest dr Marek Rabiński z IPJ. Choć nie jestem jej zwolennikiem - bo brak przekonujących materiałów - to uważam, że jest ciekawa i każdy, kogo poważniej interesuje problematyka Czarnobyla, powinien się z nią zapoznać, by mieć inne spojrzenie na sprawę. Według tej teorii w wyniku błędów operatorów, a następnie zrzutu prętów kontrolnych, nastąpił wzrost mocy, ale narastające ciśnienie pary nie wysadziło pokrywy reaktora, a jedynie rozerwało rurociągi i pootwierało zawory bezpieczeństwa na pokrywie. Hala reaktora została przez tą parę silnie skażona. Wzrost temperatury rdzenia, w połączeniu z jego osuszeniem spowodował stopienie elementów paliwowych i wydzielenie wodoru w reakcji pary z cyrkonem. Doszło do wybuchu mieszaniny piorunującej, ale nie zniszczyła ona całkowicie budynku, a spowodowała jedynie naruszenie jego konstrukcji. Pożar na hali turbin spowodował płonący olej z siłownika hydraulicznego. Działania pracowników i strażaków w silnie skażonych przedziałach elektrowni spowodowało ich śmiertelne napromieniowanie. Dopiero po dwóch dniach pożar rdzenia spowodował na tyle poważne uszkodzenie budynku hali reaktora, że jego dach uległ zawaleniu. Zasypywanie reaktora ze śmigłowców spowodowało przekrzywienie jego pokrywy i przejściowy wzrost skażenia. Grafit który znalazł się poza rdzeniem był wyrzucony mniejszymi wybuchami parowymi, już w późniejszych etapach awarii i pożaru reaktora.

        Jak dokładnie było? Wszelkie dostępne źródła są dość zgodne. Teoria dra Rabińskiego jest zupełnie inna, rzekłbym - unikatowa. Na tyle odmienna, że właściwie brak wspólnych elementów. Źródeł - niewiele, albo dotarcie do nich bardzo utrudnione. Mnie osobiście nieco dziwi fakt, że Rosjanie, którzy zawsze katastrofy przemysłowe bagatelizowali bądź ukrywali, nagle opowiadają o eksplozji reaktora, zniszczeniu 1/3 budynku itp. skoro chodzi owszem o stopienie rdzenia, ale zewnętrznym objawem jest jedynie większy pożar. Słowem - działają odwrotnie niż zwykli to robić do tej pory. Nie rozsądzę tu gdzie jest prawda, każdy sobie może wyrobić własne zdanie, jeśli chce więcej szczegółów to odnaleźć w internecie dra Rabińskiego i samemu zadać mu pytania. Można również posłuchać jego wykładu na YouTube.

        W Czarnobylu przed remizą straży pożarnej stoi pomnik ku pamięci bohaterskich strażaków, zadedykowany "Tym którzy ratowali świat", w całości ufundowany przez rodziny ofiar.

 

        Zamieszczam dwa fragmenty znakomitej, wstrząsającej książki Swietłany Aleksijewicz pt: "Krzyk Czarnobyla". Dotyczą one tragedii Ludmiły Ignatienko, żony poległego strażaka Wasilija Ignatienko. Te dwa krótkie fragmenty nie są w stanie oddać bezmiaru bólu, jaki wręcz bije z całej jej opowieści... Zainteresowanych odsyłam do książki. Nie jest to lekka lektura, ale uważam, że to obowiązkowa pozycja dla każdego. By pewne rzeczy starać się objąć umysłem i próbować zrozumieć.

"... - Nie wolno ci zapominać, że masz przed sobą nie męża, nie ukochanego człowieka, lecz radioaktywny obiekt z wysokim wskaźnikiem skażenia. Jesteś samobójczynią? Weź się w garść.
   A ja, jak w malignie:
   - Kocham go! Kocham go!
   Śpi, a ja szepczę:
   - Kocham cię!
   Wychodzę na szpitalny dziedziniec:
   - Kocham cię!
   Niosę kaczkę:
   - Kocham cię!
   Wspominałam, jak wcześniej żyliśmy. W naszym osiedlu. Zasypiał nocą tylko wtedy, kiedy wziął mnie za rękę. Taki miał nawyk: we śnie trzymał mnie za rękę. Całą noc.
   W szpitalu biorę go za rękę i nie puszczam. Noc. Cisza. Tylko my. Popatrzył na mnie bardzo uważnie i nagle mówi:
   - Tak chcę zobaczyć nasze dziecko. Jak ono?
   - Jak je nazwiemy? - pytam.
   - No, to już sama wymyśl.
   - Dlaczego sama, skoro nas dwoje?
   - Jeśli urodzi się chłopiec, niech będzie Wasia, a jeśli dziewczynka, Nataszka.
   - Wasia? Już mam jednego Wasię. Ciebie! Drugiego mi nie trzeba..."

"...Po dwóch miesiącach przyjechałam do Moskwy. Z dworca na cmentarz. Do niego! I tam, na cmentarzu, zaczęły się skurcze. Kiedy tylko zaczęłam z nim rozmawiać. Wezwali pogotowie. Rodziłam u tej samej Angeliny Wasiliewny Guskowej. Jeszcze wtedy uprzedzała mnie:
   - Rodzić przyjeżdżaj do nas.
   Dwa tygodnie przed terminem rodziłam.
   Nie pokazali. Dziewczynka.
   - Nataszeńka - nazwałam. - Tato nazwał cię Nataszką.
   Na oko zdrowe dziecko. Rączki, nóżki. Miała marskość wątroby. W wątrobie dwadzieścia osiem rentgenów. Wrodzoną wadę serca. Po czterech godzinach powiedzieli, że dziewczynka zmarła. I znowu: nie oddamy ci jej!
   - Jakże, nie oddacie?! To ja jej wam nie oddam! Chcecie ją zabrać dla nauki, nienawidzę waszej nauki! Nienawidzę! Na początek zabrała mi jego, a teraz chce jeszcze... Nie oddam! Pochowam ją sama. Razem z nim. 
   (Milczy).
   Wciąż nie te słowa mówię. Nie takie. Nie powinnam krzyczeć po insulinie. I płakać nie powinnam. Dlatego i słowa nie te. Ale powiem. Tego jeszcze nie wie nikt. Kiedy nie oddałam im mojej dziewczynki, naszej dziewczynki, przynieśli mi drewniane pudełko:
   - Ona - tam.
   Spojrzałam. Zamknęli. Zapłakałam:
   - Połóżcie ją u jego stóp. Powiedzcie, że to nasza Nataszeńka.
   Na grobie nie napisano: Natasza Ignatienko. Tam tylko jego imię. Ona wszak była bez imienia, bez niczego.
   Przychodzę zawsze do nich z dwoma bukietami: jeden - dla niego, drugi kładę jej w kąciku. Pełznę przy mogile na kolanach. Zawsze na kolanach..."

 

 

 

 

 

 

 

Bohater ZSRR, major Leonid Tielatnikow, opowiada o przebiegu akcji gaśniczej którą dowodził. Mimo ciężkiej choroby popromiennej dane mu było wrócić do zdrowia

 

Tablice upamiętniające ofiary katastrofy. Widać zdjęcia Aleksandra Akimowa i bohaterów ZSRR - Wiktora Kibienoka i Władimira Prawika

 

Sarkofag kryjący IV reaktor

 

Likwidatorzy otrzymali odznaczenia (źródło zdjęcia: wikipedia)

 

Osoby które szczególnie wyróżniły się przy akcji ratunkowej otrzymały tytuły 
Bohaterów Związku Radzieckiego wraz z Orderami Lenina i medalami Złotej Gwiazdy - niektórzy pośmiertnie (źródło zdjęcia: wikipedia)

 

Mapa ukazująca rozkład skażeń cezem-137 wokół elektrowni (źródło: UNESCAR)

 

I mapa ukazująca rozkład skażeń cezem-137 w Europie (źródło: internet)

 

        Jak widać, Polska szczęśliwym zbiegiem okoliczności uniknęła większych skażeń. Zależało to od kierunku wiatrów i lokalnych opadów, które wręcz można wyczytać z powyższej mapki. O wiele gorsza sytuacja była w Skandynawii, Austrii, na Bałkanach i oczywiście na terenach Ukrainy, Białorusi i Rosji.

        Diatłowa, podobnie jak dyrektora elektrowni Briuchanowa i jej naczelnego inżyniera Fomina, skazano w iście „pokazowym” procesie na 10 lat obozu pracy, ale ze względu na pogarszający się stan zdrowia po otrzymanej ogromnej dawce promieniowania zwolniono go przedterminowo (podobnie jak dwóch pozostałych głównych oskarżonych). W przypadku Akimowa i Toptunowa dochodzenie umorzono z powodu ich śmierci. Kilku innych oskarżonych otrzymało niższe wyroki. Późniejsza analiza przebiegu katastrofy wykazała, że Diatłow i zmarli operatorzy byli bezpośrednio odpowiedzialni, ale najważniejszą przyczyną katastrofy były wady konstrukcyjne samego reaktora, niedbałości przy budowie elektrowni (i w całym radzieckim przemyśle), trzymanie się „jedynie słusznej linii partii”. Zawinił też zwykły pech, bo gdyby eksperyment przebiegł zgodnie z planem, to nic by się nie stało. Tymczasem powstał skrajnie nieprawdopodobny ciąg przypadków, który doprowadził do katastrofy. Awaria według wielu była „gwoździem do trumny”, przyspieszając koniec Związku Radzieckiego.

Autor: 
---
Źródło: 

members.upcpoczta.pl

video: 
Polub Plportal.pl:

Reklama