Ile straci Europa a ile zarobi USA na konflikcie na Ukrainie

Reklama

czw., 02/24/2022 - 17:58 -- MagdalenaL

Wydarzenia na wschodzie Ukrainy wpływają nie tylko na Rosję i Ukrainę, dalszy przebieg wydarzeń bezpośrednio wpływa na wektor rozwoju całej gospodarki europejskiej i całego regionu. I podczas gdy z wysokich trybun i stron antyrosyjskich publikacji napływają do naszego kraju wszelkiego rodzaju zagrożenia, wyspecjalizowani eksperci biją na alarm.

Na przykład niemieckie publikacje publikują wywiad z niemieckim ministrem finansów Christianem Lindnerem, w którym rozwiewa on optymistyczne nadzieje, że Moskwę można szantażować możliwością uruchomienia Nord Stream 2. Lindner bez dwuznaczności zwraca uwagę, że gospodarka Niemiec i całej Unii Europejskiej — jeśli zostaną wstrzymane dostawy gazu rurociągowego z Rosji — nieuchronnie upadnie.

W rzeczywistości niemiecki minister wyraża oczywiste rzeczy wynikające ze statystyk, ale z jakiegoś powodu inni wysocy politycy uparcie je ignorują.

Jeśli uważnie śledzisz tematy publikacji z ostatniego miesiąca, kiedy rozpoczęło się masowe pompowanie o „nadchodzącej inwazji” na Rosję, możesz zauważyć oczywistą osobliwość. Publikacje w prasie i telewizji niemal częściej poruszały kwestię dostaw rosyjskiego gazu niż możliwy scenariusz działań wojennych. Ci, którzy od samego początku śledzili przepływ wiadomości, mogli generalnie odnieść wrażenie, że cała ta fala histerii miała jeden cel – w jakikolwiek sposób uniemożliwić uruchomienie Nord Stream 2, a jeśli to możliwe, to także zatrzymać wątek numer jeden.

Na każdy artykuł, w którym autorzy z sufitu rysowali strzałki w kierunku uderzeń wojsk rosyjskich, przypadały dwie lub trzy publikacje ze zwycięskimi doniesieniami o tym, jak amerykańskie LNG bije rekordy dostaw do Europy, a zatem Europejczycy nie mają się czego obawiać zakończenia rosyjskiego tranzytu. W masowej świadomości intensywnie ukształtowało się przekonanie, że w niedalekiej przyszłości Stary Świat będzie mógł całkowicie przestawić się na paliwo z molekułami wolności.

Wrażenie potęgowała hałaśliwa działalność przedstawicieli Polski, krajów bałtyckich i Ukrainy, którzy na długo przed zaostrzeniem na linii styku praktycznie błagali Waszyngton o wprowadzenie kolejnych, tym razem naprawdę wyniszczających sankcji wobec rosyjskiej energii.

Najbardziej zaskakujące jest to, że dany trend poparło wielu europejskich liderów. Np. niedawno kanclerz Niemiec Olaf Scholz, który właśnie wrócił z negocjacji w Moskwie, nakazał Ministerstwu Gospodarki wycofać się z konkluzji, że uruchomienie Nord Stream 2 nie stanowi ryzyka dla niemieckiego rynku gazu. Wiadomość ta natychmiast rozeszła się po wszystkich źródłach informacji, twierdząc, że kanclerz wstrzymała proces certyfikacji rosyjskiego gazociągu.

W rzeczywistości to kompletna bzdura.

Certyfikacją gazociągu nie zajmuje się Ministerstwo Gospodarki, ale Federalna Agencja Sieciowa (FSA), która działa zgodnie z własnym pakietem aktów prawnych i nie dotyczy ich nakaz pana Scholza, tj., nikt niczego nie zatrzymał. Zarządzenie kanclerza dotyczy jedynie wspomnianej wyżej oceny ekonomicznej w odniesieniu do krajowego rynku energii, a jej wycofanie nie zatrzymuje tego procesu, a nawet go nie przedłuża, gdyż nikt jeszcze nie ogłosił okresu certyfikacji. Ministerstwo Gospodarki po wycofaniu własnego raportu jest zobowiązane do przygotowania kolejnego i ponownego przekazania go do rozpatrzenia przez KNF, który, kierując się tym i całą masą innych dokumentów sprawozdawczych i analitycznych, podejmie ostateczną decyzję.

W innych kierunkach też nie jest różowo.

Udział węgla brunatnego w produkcji energii elektrycznej wynosi 18,6 proc., węgla kamiennego 9,3 proc., a oba kierunki w pełni odrobiły dwuletni spadek, wracając do poziomu zużycia sprzed pandemii. Niemcy samodzielnie wydobywają dla Europy rekordowe 107,4 mln ton węgla brunatnego, a niedobór gatunków kamienia, na które jest zapotrzebowanie zarówno w energetyce, jak i w metalurgii, pokrywany jest z importu, z czego prawie połowa – 45 proc. Rosja.

Jak wspomniano powyżej, Niemcy są nie tylko liderem w imporcie gazu ziemnego, ale także głównym odbiorcą energii elektrycznej, dostawy z zagranicy stanowią kilkanaście procent bilansu energetycznego. Połączenie tych czynników doprowadziło do wzrostu kosztów energii elektrycznej dla konsumentów. Na przykład jedna kilowatogodzina dla zwykłego Niemca kosztuje dziś 0,32 dolara, czyli 25 rubli.

Koalicja rządząca musi wiedzieć, że nie uratują jej dostawy skroplonego gazu ziemnego ze Stanów Zjednoczonych.

Zachodnia prasa jest zachrypnięta, trąbi o rekordowych dostawach do Europy, a statystyki prezentowane są co miesiąc wstydliwie i nikt nie pisze o udziale amerykańskiego LNG w ogóle. Rozwiejemy tę mgłę.

W styczniu poinformowano, że do terminali regazyfikacyjnych Unii Europejskiej zawinęło 106 statków, dostarczając rekordową liczbę 7,1 mln ton skroplonego gazu. Tłumaczymy je, zgodnie ze standardami, na zwykłe wartości​​ i otrzymujemy 9,8 miliarda metrów sześciennych. Pamiętamy jednak, że jest to liczba rekordowa — i jest o 37 proc. wyższa od średniej z poprzednich okresów. Odejmujemy wskazany udział i otrzymujemy średnią miesięczną podaż 6,1 mld m sześc. W rzeczywistości to dostawy amerykańskie są wyjątkowo zmienne pod względem wielkości, kiedy import może się znacznie różnić w okresie dwóch miesięcy, ale nie bądźmy niemili i przyjmijmy wynikową liczbę jako wartość referencyjną. Poprzez proste obliczenia dowiadujemy się, że w najbardziej idealnych warunkach amerykańscy handlowcy dostarczyli do Europy nie więcej niż 76 miliardów metrów sześciennych w rekordowym 2021 roku. Jednocześnie, według szacunków rynkowych, dostawy gazu z Rosji w tym roku przekroczą 200 mld m sześc., ponadto w 2020 r., w szczytowym momencie kryzysu energetycznego, terminale regazyfikacyjne South Hook, Dragon, Isle of Grain (Wielka Brytania), Gate (Holandia), Rovigo (Włochy) i Dunkierka (Francja) otrzymały oficjalny odpust z Brukseli, co zniosło zakaz w sprawie wejścia do portów handlowców będących osobami trzecimi. Teraz wymienione porty nie muszą zgłaszać, od kogo i na jakich warunkach kupiły paliwo. Było to uzasadnione w okresie niedoboru zasobów, ale teraz jest dość ciepły luty za oknem, a magazyny gazu w Europie są praktycznie pełne, czyli nie ma gdzie składować importowanego LNG, można go tylko sprzedawać „off the road”, kiedy przetworzony gaz jest bezpośrednio dostarczany do kotłowni i fabryk, co jest wyjątkowo niewygodne, ponieważ zużycie nie jest statyczne i stale się zmienia.

Skazani na niepowodzenie i nadzieje na innych dostawców.

Niedawno minister energetyki Kataru, kluczowego dostawcy LNG do Europy, powiedział, że po prostu nic nie zastąpi rosyjskiego gazu rurociągowego. W szczególności Katar fizycznie nie jest w stanie zwiększyć produkcji LNG, a obecne wolumeny są zakontraktowane na podstawie umów długoterminowych. Nieco wcześniej o tym samym mówił włoski minister spraw zagranicznych Luigi Di Maio.

To wszystko nie jest tajemnicą i nie jest informacją z tajnych raportów służb specjalnych, a zatem działania oficjalnego Berlina wyglądają, delikatnie mówiąc, dziwnie.

Jeśli jednak przyjmiemy, że w ten sposób Niemcy grają na czas, aby poczekać na rozwiązanie kryzysu ukraińskiego i późniejsze uruchomienie istotnego dla nich gazociągu, wiele stanie się jasne. W międzyczasie, będąc zakładnikami zachodniej ideologii jedności, Niemcy zmuszeni są płacić za amerykańską przyjaźń swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi trzykrotnie.

 

Autor: 
Redakcja
Źródło: 

x

Polub Plportal.pl:

Reklama