Strategia “muchy” • czyli dlaczego terroryzm jest skuteczny?

Reklama

wt., 06/08/2021 - 10:12 -- MagdalenaL

Według Yuvala Noah Harariego, autora książki „Sapiens- Od zwierząt do bogów” Terroryzm zabija stosunkowo niewiele osób, nie niszcząc przy tym infrastruktury wroga. Jak to się dzieje, że jest skuteczny? 

Pod koniec marca 2016 roku, dzień po zamachach w Brukseli, Yuval Noah Harari opublikował refleksję na temat „teatru terroru”. Pozostaje ona, niestety, bardziej aktualne niż kiedykolwiek. Dlatego publikujemy ją ponownie.

Teatr terroru

Terrorysta jest jak mucha, która chce zniszczyć sklep z porcelaną. Mała, słaba - nie jest w stanie poruszyć nawet filiżanki. Tak więc znajduje słonia, wchodzi do jego ucha i brzęczy,do czasu gdy ten, wściekły, oszalały ze strachu i złości, niszczy sklep. W ten właśnie sposób mucha Al-Qaeda spowodowała, że ​​amerykański słoń zniszczył sklep z porcelaną na Bliskim Wschodzie.

Jak sama nazwa wskazuje, terror to strategia militarna mająca na celu zmianę sytuacji politycznej skupiając się na szerzeniu strachu, zamiast powodowaniu szkód materialnych. Prawie zawsze przyjmowana jest ona przez słabe grupy, którym i tak brakuje zdolności do zadawania znacznych szkód materialnych nieprzyjacielowi. Oczywiście każda akcja militarna rodzi strach. Jednak podczas wojny strach jest jedynie produktem ubocznym strat materialnych i jest zwykle proporcjonalny do siły uderzeniowej przeciwnika. Z oszałamiającą dysproporcją między siłą terrorystów a lękiem, który potrafią wzbudzić to właśnie strach jest sednem sprawy.

Zmiana sytuacji politycznej poprzez uciekanie się do przemocy nie jest łatwa. Pierwszego dnia bitwy nad Sommą, 1 lipca 1916 r., Armia brytyjska opłakiwała 19 000 zabitych i 40 000 rannych. Pod koniec bitwy w listopadzie walki pochłonęły ponad milion ofiar, w tym 300 000 zabitych. Jednak ta niewyobrażalna rzeź prawie nie zmieniła układu sił w Europie. Zmiana sytuacji musiała zajęć kolejne dwa lata i następne miliony ofiar.

Dla porównania, terroryzm to mały gracz. W wyniku ataków w Brukseli z 22 marca 2016 roku zginęło 31 osób. W 2002 roku, w sercu palestyńskiej kampanii terroru przeciwko Izraelowi, w czasie gdy autobusy i restauracje były atakowane co dwa lub trzy dni, roczna liczba ofiar śmiertelnych w izraelskim obozie wynosiła 451 osób. W tym samym roku w wypadkach samochodowych zginęło 542 Izraelczyków. Niektóre ataki terrorystyczne, takie jak zamach bombowy “Pan Am Flight 103” w 1988 roku nad wioską Lockerbie w Szkocji, czasami pochłaniają kilkaset ofiar. Ataki z 11 września, które przyniosły 3000 zgonów stają się wówczas rekordami. Wszystkie te liczby są jednak śmieszne w porównaniu ze stratami podczas wojny konwencjonalnej.

Licząc wszystkie ofiary (zabite lub ranne) ataków terrorystycznych w Europie od 1945 roku (niezależnie od tego, czy zostały popełnione przez grupy nacjonalistyczne, religijne, lewicowe czy prawicowe), zawsze liczba ta pozostanie znacznie niższa od liczby ofiar którejkolwiek bitwy z wojen światowych, jak trzecia bitwa nad Aisne (250 000 ofiar) lub dziesiąta bitwa pod Isonzo (225 000 ofiar). Co więcej, obecnie na każdego Europejczyka zabitego w ataku terrorystycznym przypada co najmniej tysiąc osób umierających z powodu otyłości lub chorób pokrewnych. Wobec tego, dla przeciętnego mieszkańca Europy McDonalds jest znacznie poważniejszym zagrożeniem niż ISIS.

Jak więc terroryści mogą liczyć na osiągnięcie swoich celów? Po akcie terroryzmu wróg nadal ma taką samą liczbę żołnierzy, czołgów i statków jak poprzednio. Szlaki komunikacyjne, drogi i linie kolejowe pozostają w dużej mierze nienaruszone. Niemal nie ma to wpływu na fabryki, porty i bazy wojskowe. Jednak terroryści mają nadzieję, że jeśli siła materialna wroga zostanie choć nieznacznie naruszona, ten pod presją strachu zareaguje nieproporcjonalnie do zagrożenia i nadużyje zachowane siły.

Ich kalkulacja jest następująca: sprowokowany nieprzyjaciel odwracając swoją ogromną władzę przeciwko nim, rozpęta militarną i polityczną burzę o wiele bardziej gwałtowną, niż oni sami mogliby kiedykolwiek wzniecić. A podczas takiej burzy pojawić się mogą nowe okoliczności: błędy, okrucieństwa, podział wśród opinii publicznej, ​​osoby dotychczas neutralne zajmują nowe stanowisko, a równowaga polityczna zostaje zachwiana. Terroryści nie są w stanie dokładnie przewidzieć, co wyniknie z ich wysiłków na rzecz destabilizacji. Jedno jest jednak pewne, istnieje większe prawdopodobieństwo, że połowy na tak niespokojnych wodach będą lepsze niż na spokojnym morzu politycznym.

Właśnie dlatego terrorysta wygląda jak mucha, która chce zniszczyć sklep z porcelaną. Mała i słaba nie jest w stanie ruszyć nawet jednej miseczki. Odnajduje więc słonia, wchodzi mu do ucha i brzęczy, aż ten rozwścieczony i gniewny rujnuje sklep. To właśnie wydarzyło się na Bliskim Wschodzie w ciągu ostatniej dekady. Islamscy fundamentaliści nigdy nie mogliby sami obalić Saddama Husajna. Poszli więc za Stanami Zjednoczonymi, a Stany Zjednoczone, wściekłe po atakach z 11 września, wykonały za nich robotę: niszcząc sklep z porcelaną na Bliskim Wschodzie, a gruz ten zapewnia im od tego czasu żyzną glebę.

Tasowanie kart

Terroryzm jest mało atrakcyjną strategią wojskową, ponieważ wszystkie ważne decyzje pozostawia wrogowi. Terroryści nie mogą wyrządzić poważnych szkód materialnych, a co za tym idzie wszystkie opcje, jakie miał wróg przed atakiem terrorystycznym, są dla niego nadal dostępne i ma całkowitą swobodę wyboru między nimi. Regularne armie zwykle starają się za wszelką cenę uniknąć takiej sytuacji. Podczas ataku, ich celem nie jest zaaranżowanie przerażającego spektaklu, który wzbudzi gniew wroga i spowoduje odwet. Zamiast tego starają się wyrządzić wrogowi poważne szkody materialne, aby zdolność do odwetu zmniejszyć. W szczególności dążą do pozbawienia go broni i najbardziej niebezpiecznych rozwiązań taktycznych. Przykładem były działania Japonii w grudniu 1941 r. I niespodziewany atak, który zatopił amerykańską flotę w Pearl Harbor. To nie był akt terrorystyczny; to był akt wojny. Japończycy nie mogli przewidzieć z całą pewnością, jaki będzie odwet, z wyjątkiem jednego punktu: cokolwiek postanowią zrobić, nie będą już mogli wysłać floty do Azji Południowo-Wschodniej w 1942 roku.

Prowokowanie wroga bez pozbawiania go jakiejkolwiek broni lub możliwości odwetu jest aktem desperacji - ostatecznością. Kiedy masz zdolność wyrządzenia wrogowi wielkich szkód materialnych, nie porzucasz tej strategii dla zwykłego terroryzmu. Wyobraźmy sobie, że w grudniu 1941 r. Japończycy storpedowaliby cywilny statek, by sprowokować Stany Zjednoczone bez dotykania Floty Pacyfiku w Pearl Harbor: to byłoby szaleństwo!

Ale terroryści nie mają za dużego wyboru. Są tak słabi, że nie mogą sobie pozwolić na zatopienie floty czy zniszczenie armii. Nie mogą prowadzić zwykłej wojny. Postanawiają więc być spektakularni, aby, jak mają nadzieję, sprowokować wroga i zmusić go do nieproporcjonalnej reakcji. Terrorysta nie myśli jak generał armii, ale jak reżyser teatralny: to intuicyjna obserwacja, która ilustruje między innymi to, co zachowała pamięć zbiorowa z ataków 11 września. Jeśli zapytasz ludzi, co wydarzyło się wówczas wydarzyło prawdopodobnie odpowiedzą, że bliźniacze wieże World Trade Center padły ofiarą ataku terrorystycznego Al-Kaidy. Jednak oprócz ataków na wieże tego dnia miały miejsce dwa inne ataki, w tym udany atak na Pentagon. Jak to się dzieje, że tak mało osób to pamięta?

Gdyby operacja z 11 września była częścią konwencjonalnej kampanii wojskowej, największą uwagę poświęcono zostałaby atakowi na Pentagon co pozwoliłoby Al-Kaidzie zniszczyć część wrogiej kwatery głównej, zabijając i raniąc przywódców i wysokich rangą ekspertów w tym procesie. Jak to się dzieje, że pamięć zbiorowa przywiązuje jednak o wiele większą wagę do zniszczenia dwóch cywilnych budynków i zniknięcia maklerów, księgowych i pracowników biurowych?

Chodzi o to, że Pentagon jest stosunkowo płaską i “arogancką” budowlą, podczas gdy World Trade Center było wielkim fallicznym totemem, którego upadek wywołał ogromny efekt audiowizualny. Kto widział obrazy tego upadku, nigdy nie będzie mógł ich zapomnieć. Terroryzm jest dramatem, który rozumiemy intuicyjnie – dlatego oceniamy go raczej w kontekście emocjonalnym niż materialnym. Z perspektywy czasu Osama bin Laden mógł znaleźć samolot, który uderzyłby w bardziej malowniczy cel, jak Statua Wolności. Z pewnością zginęłoby niewiele osób i żadne zasoby wojskowe wroga nie zostałyby zniszczone, ale byłby to potężny teatralny gest!

Podobnie jak terroryści, osoby z nimi walczące, powinny myśleć o dyrektorach, a nie o generałach. Jeśli mamy skutecznie walczyć z terroryzmem, musimy zdać sobie sprawę z tego, że działania terrorystów, tak naprawdę nie mogą nas zniszczyć. To my sami siebie niszczymy, jeśli przesadnie reagujemy i udzielamy niewłaściwych odpowiedzi na ich prowokacje.

Terroryści rozpoczynają misję niemożliwą do wykonania, gdy chcą zmienić polityczną równowagę sił poprzez przemoc nie mając niemal żadnego potencjału militarnego. Aby osiągnąć swój cel, rzucają naszym państwom równie niemożliwe wyzwanie: ochronę wszystkich obywateli przed przemocą polityczną, zawsze i wszędzie. Mają nadzieję, że trudząc się przy tym niewykonalnym zadaniu, przetasują karty polityczne i przy okazji podrzucą sobie asa.

Oczywiście, gdy państwo staje na wysokości zadania, zazwyczaj udaje mu się zwyciężyć terrorystów. W ciągu kilkudziesięciu lat setki organizacji terrorystycznych zostało pokonanych przez różne państwa. W latach 2002-2004 Izrael udowodnił, że najbardziej zaciekłe kampanie terroru można pokonać brutalną siłą. Terroryści doskonale wiedzą, że w takiej konfrontacji raczej nie wygrają. Jednak ponieważ są bardzo słabi i nie mają innego rozwiązania militarnego, wiedzą też, że nie mają nic do stracenia, a mogą wiele zyskać. Czasami to burza polityczna rozpętana przez kampanie antyterrorystyczne działa na korzyść terrorystów, dlatego warto ją wywoływać. Terrorysta to gracz, który po wylosowaniu kart że złej ręki próbuje przekonać rywali do ponownego przetasowania kart. Nie ma nic do stracenia, a wygrać może wszystko.

 

Mała moneta w pustym słoiku

Dlaczego państwo miałoby zgodzić się na przetasowanie kart? Ponieważ zniszczenia mienia spowodowane przez terroryzm są znikome, państwo może teoretycznie je zignorować lub podjąć stanowcze, ale dyskretne działania z dala od kamer i mikrofonów. W rzeczywistości często tak to przebiega. Innym razem jednak, państwa wpadają w złość i reagują zbyt mocno i zbyt publicznie, grając na korzyść terrorystów. Dlaczego państwa są tak wrażliwe na prowokacje terrorystyczne?

Jeśli często trudno im znieść takie prowokacje, to dlatego, że legitymizacja nowoczesnego państwa opiera się na obietnicy ochrony przestrzeni publicznej przed przemocą polityczną. Reżim może przetrwać straszne katastrofy, a nawet umywać od nich ręce, o ile jego zasadność nie jest oparta na unikaniu ich. Odwrotnie, nawet drobny problem może doprowadzić do upadku reżimu, jeśli jest postrzegany jako podważający jego legitymację. W XIV wieku Czarna Śmierć zabiła od ćwierć do połowy populacji Europy, ale żaden król nie stracił za to swojego tronu, mimo że nikt nie zadał sobie trudu, aby pokonać plagę. Nikt wtedy nie widział powstrzymania epidemii jako części królewskiej pracy. Z drugiej strony monarchowie, którzy pozwolili, by religijna herezja rozprzestrzeniła się na ich ziemie, ryzykowali utratę korony, a nawet głowy!

Dziś rząd może całkowicie przymknąć oko na przemoc domową lub seksualną, nawet jeśli osiąga ona wysoki poziom, ponieważ nie podważa to jego legitymizacji. Na przykład we Francji każdego roku zgłasza się władzom ponad tysiąc przypadków gwałtu, nie wspominając o kolejnych tysiącach przypadków, które nie są zgłaszane. Co więcej, gwałciciele i agresywni mężowie nie są postrzegani jako egzystencjalne zagrożenie dla państwa, ponieważ historycznie państwo nie zostało zbudowane na obietnicy zakończenia przemocy seksualnej. I odwrotnie, znacznie rzadsze przypadki terroryzmu są postrzegane jako śmiertelne zagrożenie, ponieważ w ciągu ostatnich stuleci nowoczesne państwa zachodnie stopniowo budowały swoją legitymizację na wyraźnej obietnicy wyeliminowania przemocy politycznej w swoich granicach.

W średniowieczu w przestrzeni publicznej szerzyła się przemoc polityczna. Umiejętność użycia przemocy była de facto przepustką do gry politycznej; kto był jej pozbawiony, nie miał nic do powiedzenia w danej sprawie. Nie tylko wiele rodzin szlacheckich, ale także miasta, cechy, kościoły i klasztory posiadały własne siły zbrojne. Kiedy śmierć opata wywołała spór o sukcesję, nierzadko rywalizujące frakcje – mnisi, miejscowi notable, zaniepokojeni sąsiedzi – uciekali się do broni, aby rozwiązać problem.

W takim świecie nie było miejsca na terroryzm. To nie byłoby wystarczająco silne, aby spowodować znaczne zniszczenia mienia, byłoby trywialne. Gdyby w 1150 kilku fanatycznych muzułmanów zamordowało garstkę cywilów w Jerozolimie, żądając, aby krzyżowcy opuścili ziemię świętą, szybciej zrobiliby z siebie głupców niż wzbudzili przerażenie. Aby być traktowanym poważnie, trzeba było zacząć od przejęcia jednej lub dwóch warowni. Nasi średniowieczni przodkowie nie przejmowali się terroryzmem: mieli zbyt wiele większych problemów do rozwiązania.

W epoce nowożytnej państwa scentralizowane stopniowo redukowały poziom przemocy politycznej na swoim terytorium, a w ostatnich dziesięcioleciach kraje zachodnie zredukowały go praktycznie do zera. W Belgii, Francji czy Stanach Zjednoczonych obywatele mogą walczyć o kontrolę nad miastami, przedsiębiorstwami i innymi organizacjami, a nawet samym rządem bez uciekania się do brutalnej siły. Dowództwo setek miliardów euro, setek tysięcy żołnierzy, setek statków, samolotów i pocisków nuklearnych przechodzi w ten sposób od jednej grupy polityków do drugiej bez konieczności oddania żadnego strzału. Ludzie szybko przyzwyczaili się do tego stanu rzeczy, który teraz uważają za swoje najbardziej naturalne prawo. W konsekwencji nawet sporadyczne akty przemocy politycznej, w których zginęło kilkadziesiąt osób, postrzegane są jako zgubny atak na legitymizację, a nawet przetrwanie państwa. Mała moneta wrzucona do pustego słoika wystarczy, aby narobić dużo hałasu.

To wyjaśnia sukces inscenizacji terrorystycznej. Państwo stworzyło ogromną pustkę politycznej przemocy – przestrzeń, która działa jak płyta rezonansowa, wzmacniając wpływ każdego ataku zbrojnego, bez względu na wielkość. Im mniej przemocy politycznej w danym państwie, tym bardziej jego ludność będzie zszokowana w obliczu aktu terrorystycznego. Zabicie trzydziestu osób w Belgii przyciąga znacznie więcej uwagi niż zabicie setek osób w Nigerii czy Iraku. Paradoksalnie zatem nowoczesne państwa są szczególnie podatne na terroryzm, ponieważ skutecznie powstrzymały przemoc polityczną. Akt terroru, który pozostałby niezauważonym w średniowiecznym królestwie, wpływa znacznie głębiej na państwa współczesne.

Państwo tak dosadnie zaznaczając, że nie będzie tolerować przemocy politycznej w swoich granicach, jest teraz zmuszone uważać każdy akt terroryzmu za niedopuszczalny. . Obywatele zaś przyzwyczaili się do całkowitego braku przemocy politycznej do tego stopnia, że teatr terroru budzi w nich instynktowny lęk przed anarchią, jak gdyby porządek społeczny był na skraju załamania.

Po stuleciach krwawych bitew wydostaliśmy się z czarnej dziury przemocy, ale czujemy, że ta czarna dziura wciąż tam jest, cierpliwie czekając na moment, by nas ponownie pochłonąć. Wystarczy kilka okrucieństw, kilka okropności - i oto w naszej wyobraźni wracamy do do punktu początkowego.

Aby złagodzić te obawy, państwo musi odpowiedzieć teatrowi terroru - teatrem bezpieczeństwa. Najskuteczniejszą reakcją na terroryzm są prawdopodobnie tajne służby i ciche działania przeciwko sieciom finansowym napędzającym terroryzm. Jednak ludzie nie widzą tych działań w telewizji. Widzą jedynie dramatyczne widowisko zawalenia się wież World Trade Center. Państwo czuje się zatem zmuszone do wystawienia tak spektakularnego kontrdramatu, z jeszcze większą ilością ognia i dymu. Zamiast więc działać spokojnie i skutecznie, rozpętuje ogromną burzę, która jest spełnieniem marzeń terrorystów.

Jak państwo powinno radzić sobie z terroryzmem? Aby odnieść sukces, walka powinna być prowadzona na trzech frontach. Po pierwsze, rządy powinny skoncentrować się na cichym działaniu przeciwko sieciom terrorystycznym. Media powinny zatem spojrzeć na wydarzenia z odpowiedniej perspektywy i unikać popadania w histerię. Teatr terroru nie może funkcjonować bez rozgłosu. Niestety jednak media często udostępniają taką reklamę zupełnie za darmo: obsesyjnie mówią tylko o zamachach terrorystycznych i mocno wyolbrzymiają zagrożenie, bo takie sensacyjne artykuły sprzedają się w gazetach znacznie lepiej niż internetowe artykuły o globalnym ociepleniu.

Wreszcie trzeci front to nasza wyobraźnia. Terroryści trzymają ją w niewoli i wykorzystują przeciwko nam. Nieustannie odtwarzamy ataki terrorystyczne w naszym małym teatrze mentalnym, powtarzając w kółko wydarzenia z 11 września i ataki w Brukseli. Na każde 100 zabitych ludzi, 100 milionów wyobraża sobie teraz, że na każdym kroku czai się terrorysta. Obowiązkiem każdego obywatela jest wyjście poa ten schemat i przypomnienie sobie rzeczywistych wymiarów zagrożenia. To nasz wewnętrzny terror skłania media nieustannego traktowania o terroryzmie a rząd do przesadnych reakcji.

A co z terroryzmem nuklearnym lub bioterroryzmem? A jeśli rację mają ci, którzy przepowiadają Apokalipsę? Co stanie się, jeśli organizacje terrorystyczne zdobędą broń masowego rażenia, która, podobnie jak w przypadku wojny konwencjonalnej, może spowodować ogromne straty materialne? Jeśli tak się stanie, świat jaki znamy ulegnie przemianie, a co za tym idzie terroryzm, jaki znamy, również przestanie istnieć, tak jak pasożyt umiera wraz ze swoim żywicielem.

Jeśli maleńkie organizacje reprezentujące garstkę fanatyków będą mogły zniszczyć całe miasta i zabić miliony ludzi, przestrzeń publiczna nie będzie już wolna od przemocy politycznej. Życie polityczne wraz ze społeczeństwem ulegnie radykalnym przeobrażeniom. Trudno powiedzieć, jaką formę przybiorą walki polityczne, ale z pewnością będą się one bardzo różniły od kampanii terroru i kontrterroru z początku XXI wieku. Jeśli w 2050 roku świat będzie pełen terrorystów nuklearnych i bioterrorystów, ich ofiary będą myśleć o dzisiejszym świecie zachodnim z nostalgią zabarwioną niedowierzaniem, pytając: jak ludzie, którzy cieszyli się takim bezpieczeństwem, mogli czuć się tak zagrożeni?

 

Autor: 
tłum. Weronika Leśny
Dział: 
Zagłosowałeś na opcję 'w górę'.
Polub Plportal.pl:

Reklama