Morze śmieci po horyzont

Reklama

ndz., 02/10/2019 - 18:24 -- koscielniakk

Zanieczyszczenie oceanów to nie tylko pływający plastik, ale też pestycydy i pyły z lądu. Ludzka działalność niszczy oceaniczne ekosystemy na wiele innych sposobów - pisze w "Przeglądzie" Mateusz Mazzini.

 

 

Wielka Pacyficzna Plama Śmieci, czyli ogromne skupisko głównie plastikowych odpadów, dryfujące mniej więcej w połowie drogi między Hawajami a kalifornijskim wybrzeżem USA, jest zjawiskiem tak powszechnie znanym i dokładnie opisanym, że stało się jednym z popkulturowych symboli walki o czyste środowisko. Pływające wysypisko o powierzchni przeszło pięciokrotnie większej od Polski składa się już teraz z ponad 2 bln pojedynczych elementów i osiągnęło łączną masę ponad 80 tys. ton. Dane te w ubiegłym roku opublikowali naukowcy związani z inicjatywą Ocean Cleanup, start-upem technologiczno-naukowym próbującym oczyścić morza i oceany z plastiku poprzez wyławianie śmieci z wody ogromnymi sieciami.

W tym trudnym do wyobrażenia skupisku można znaleźć niemal wszystko, od plastikowych butelek i parasoli po elementy wyposażenia domowego. Według Laury Parker z magazynu „National Geographic” najwięcej jest jednak pojedynczych części sprzętu rybackiego i wędkarskiego. To odkrycie o tyle ciekawe, że dość jasno wskazuje drogę pokonywaną przez śmieci – nie tylko z głębi lądu, ale też bezpośrednio z pływających po oceanach statków.

 

Kiedy zaczęliśmy zatruwać oceany?

Co więcej, układ prądów na północnym Pacyfiku sprawia, że plama rośnie praktycznie z każdym dniem. Nie jest przy tym wcale tak świeżej daty, jak niektórym się wydaje. Boyan Slat, holenderski przedsiębiorca bałkańskiego pochodzenia, nurek i badacz zanieczyszczenia mórz, przypomina, że pierwsze duże, stałe skupiska śmieci zaczęły się pojawiać w tym rejonie już w połowie lat 90. Oficjalnie zresztą do odkrycia wyspy odpadów na Pacyfiku doszło w 1997 r., choć już wtedy było to wysypisko ogromnych rozmiarów. Wewnątrz można znaleźć obiekty bezsprzecznie udowadniające, że ludzkość zaczęła truć zbiorniki wodne dużo wcześniej. Sam Slat podczas jednej z eskapad na pacyficzne wysypisko w 2012 r. odnalazł w nim m.in. datowaną na 1989 r. czapkę z daszkiem, obudowę Game Boya z wczesnych lat 80. czy kratę po butelkach z piwem z wbitą datą z 1977 r. Choć oczywiście plama rozrosła się przede wszystkim w ostatnich 20 latach, gromadzi śmieci, które po powierzchni oceanów dryfują od wielu dekad.

Plama na Pacyfiku jest tak wielka – dosłownie i w przenośni – że w ostatnich latach właściwie zmonopolizowała debatę na temat oczyszczania oceanów. Przykryła tym samym inne, nie mniej szkodliwe zjawiska i procesy. Ich listę należy zacząć od pozostałych dryfujących plam śmieci w różnych częściach świata. Najważniejsza znajduje się kilkaset kilometrów na południowy wschód od wybrzeży Japonii i nazywana jest Wschodnią Plamą Pacyficzną. Choć mniejsza od swojej odpowiedniczki z rejonu Hawajów, jest kluczowa w zrozumieniu mechanizmów, które najpierw tworzą, a potem systematycznie powiększają skupiska śmieci na oceanach.

Tak naprawdę bowiem żadna z tych plam nie ma stałej masy ani składu. Dryfujące w nich odpady nie są związane czy sklejone – trzymają je razem prądy morskie. Gdy układ prądów się zmienia, część plastikowych elementów odłącza się od macierzystej plamy i unosi winnym kierunku. Dlatego wschodnia i zachodnia plama śmieci na Pacyfiku są ze sobą powiązane, tworząc swoisty system morskich wysypisk.

Która nacja produkuje najwięcej śmieci?

Obie ciągle rosną, ale następuje między nimi również regularna wymiana śmieci. Co to oznacza dla ogólnego zanieczyszczenia oceanów? Przede wszystkim to, że oprócz dużych skupisk, na których koncentruje się uwaga mediów i modnych start-upów, w każdej chwili nie tylko tworzą się nowe, mniejsze plamy, ale także miliony pojedynczych śmieci dryfują wzdłuż prądów oceanicznych, od jednego skupiska do drugiego. Ich liczba jest tak duża, że Narodowa Administracja Oceaniczna i Atmosferyczna (NOAA), amerykańska agencja rządowa zajmująca się monitorowaniem zanieczyszczenia powietrza i wód, była w stanie wytyczyć nawet „szlaki migracyjne” śmieci między jedną a drugą dryfującą plamą. W ujęciu graficznym wygląda to jak dwa ogromne kolorowe okręgi, jeden na południe od Japonii, drugi na zachód od USA, połączone kilkoma łukami dryfujących odpadów.

Przy analizie tych zjawisk pojawia się jednak pytanie, skąd w ogóle w wodach tyle śmieci. Odpowiedź jest złożona i niejednoznaczna. Najłatwiej wyobrazić sobie właśnie butelki, reklamówki czy słomki do napojów, bezrefleksyjnie wyrzucane do rzek i niesione prądami aż na Pacyfik. Takich na pewno bardziej medialnych odpadów jest jednak stosunkowo niewiele. Największym niebezpieczeństwem są śmieci dużo mniejsze, wręcz planktonowe. „National Geographic” szacuje, że mikroodpady stanowią aż 94% śmieci w Wielkiej Plamie Pacyficznej. W dodatku wiele z nich nie pochodzi z typowego procesu ludzkiego śmiecenia na lądzie. Aż jedna piąta plastikowych okruchów w tym skupisku pochodzi z tsunami, które w 2011 r. uderzyło w wybrzeże Japonii.

Prawie połowę pozostałych odpadów stanowią wspomniane elementy sprzętu wędkarskiego i rybackiego. Zespół Ocean Cleanup szacuje z kolei, że w skali globalnej niemal 20 proc. oceanicznych śmieci to skutek działania rybołówstwa przemysłowego. Pozostałe 80 proc. do dużych akwenów dostaje się bezpośrednio z lądu. W to wliczane są zarówno śmieci przemysłowe, jak i od niedawna dopiero zakazane w większości krajów drobne elementy plastikowe stosowane np. w przemyśle kosmetycznym.

Ciekawy jest też, metaforycznie mówiąc, skład narodowościowy wielkich plam śmieci. Brytyjska organizacja pozarządowa Foresight Future of the Sea przeprowadziła w 2015 r. badanie zawartości morskich wysypisk. Dzięki danym zebranym podczas 652 rejsów oceanicznych w różnych częściach świata zidentyfikowano 386 przedmiotów, na których można było odczytać jakiekolwiek napisy. Na ponad 40 wytłoczono kraj produkcji. Wyniki były dość jednoznaczne – aż dwie trzecie wyłowionych przedmiotów pochodziło z fabryk w Chinach i Japonii. Potwierdza to tezę, że przede wszystkim azjatyckie giganty gospodarcze są głównymi winowajcami zamieniania się mórz w składowiska odpadów.

 

Plastik to nie jedyny winowajca

Proces ten jest tak intensywny, że podobne do pacyficznych skupiska tworzą się w innych częściach świata. W tej chwili niepokojących rozmiarów plamy śmieci istnieją już m.in. na północnym Atlantyku i na wschód od Australii. Foresight Future of the Sea ocenia, że bez podjęcia radykalnych kroków o globalnym zasięgu całkowita liczba śmieci w oceanach potroi się do 2050 r. Wówczas będziemy musieli zwracać uwagę nie tylko na wielkie pływające wyspy, ale i na tysiące, może nawet setki tysięcy małych skupisk, układających się w większe szlaki dryfów.

Nie za wszystko jednak odpowiedzialny jest plastik. Ludzka działalność niszczy oceaniczne ekosystemy na wiele innych sposobów. Po pierwsze, morza są coraz bardziej zakwaszone. Wynika to z ogromnej emisji dwutlenku węgla do atmosfery – zbiorniki wodne absorbują ponad jedną czwartą ludzkich emisji.

Radykalnie zmienia to pH w oceanach, zakwaszając ich wody i szkodząc wielu gatunkom zwierząt. Po drugie, do oceanów dostają się ogromne ilości pestycydów, spuszczane do rzek przez działające na ogromną skalę rolnictwo przemysłowe. Tych substancji stosunkowo najtrudniej się pozbyć, bo najszybciej przedostają się do wewnętrznego obiegu w oceanicznej wymianie materii.

Wreszcie ogromnym zagrożeniem dla istnienia różnych gatunków jest rosnący ruch oceaniczny. Statki pływające po największych akwenach wytwarzają, oprócz spalin i śmieci, ogromny hałas. Bardzo szkodzi to tym stworzeniom, które wykorzystują fale akustyczne do wyznaczania szlaków migracyjnych czy znajdowania innych osobników w celu reprodukcji. Zakłócenie ich naturalnych szlaków i zachowań stadnych prowadzi do szybkiego spadku liczebności, a w końcu może nawet do wyginięcia gatunku. NOAA szacuje, że w skutek wygenerowanego przez człowieka zanieczyszczenia, również dźwiękowego, co roku ginie 100 tys. zwierząt – nie tylko ryb, ale i ssaków morskich.

 

Pomysłów na zatrzymanie tego trendu było już wiele. Najpopularniejsze, czyli nowe technologie wyławiania śmieci opatentowywane przez start-upy, nie weszły jeszcze w fazę działań naprawdę masowych. Z kolei Boyan Slat i wspierający go naukowcy z politechniki w Delfcie chcą oczyścić oceany za pomocą prądów. Innymi słowy, zamiast samemu wyławiać plastik, Slat chce sprawić, by dryfował on w kierunku jego automatycznych morskich śmieciarek. Coraz popularniejsze są też kampanie i ruchy społeczne mające zwiększać świadomość ludzi, np. nawołujące do rezygnacji z plastikowych słomek do napojów. Wszystko to jednak wciąż jest, niestety, jedynie kroplą w morzu ekologicznych potrzeb.

Autor: 
-------------------------
Źródło: 

Onet

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama