Współpracownicy Andrzeja Dudy i ich niebezpieczne zabawy

Reklama

czw., 12/31/2020 - 12:19 -- MagdalenaL

 

„To nie było tak, że „weszła do mieszkania i z rozpaczy pękło jej serce”. Ona nam zmarła tuż przed kamerą. Chcieliśmy, żeby były emocje i żeby były łzy. No i przegięliśmy.”

Przytoczymy rozmowy z osobami, które w ostatnich latach analizowały pracę bliskich współpracowników Andrzeja Dudy: Piotra Matczuka i Anny Plakwicz z firmy Solvere. To PR-owcy odpowiedzialni za kampanię prezydencka, wcześniej autorzy kampanijnych zwycięstw Prawa i Sprawiedliwości. Oboje współpracują z innym marketingowcem Michałem Lorencem. Wspólnie są odpowiedzialni za cały marketingowy przekaz PiS-u.

 

Przedstawimy dwie historie, które miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Obie rozegrały się w październiku 2018 r. Wtedy kandydat Prawa i Sprawiedliwości Patryk Jaki toczył zażarte, ostatecznie przegrane starcie z Rafałem Trzaskowskim o fotel prezydenta Warszawy.

Dowiadujemy się, jak naprawdę wyglądała śmierć Anny Kryńskiej- ofiary reprywatyzacji, wykorzystanej do kręcenia spotu Patryka Jakiego. Przed prokuraturą ukrywano także tożsamość twórców innego kontrowersyjnego spotu o uchodźcach.

3 października 2018 r. na planie spotu wyborczego PiS realizowanego przez Michała Lorenca i jego współpracowników zmarła działaczka Anna Kryńska, która upominała się o prawa osób pokrzywdzonych reprywatyzacją. Media wspominały o wydarzeniach z tamtego dnia, jednak prawda o tym, co się wydarzyło była dobrze ukryta.

Kampania przed wyborami samorządowymi wchodziła wtedy w decydującą fazę. PR-owcy i politycy związani z Patrykiem Jakim oraz PiS byli przekonani, że wiodącym tematem powinna być reprywatyzacja. Na ostatnią chwilę przed głosowaniem zamierzali wypuścić spot ukazujący dramat ludzi wyrzucanych z mieszkań przez tzw. czyścicieli kamienic.

Ich udział w nagraniu miała załatwić Katarzyna Matuszewska, dziennikarka TVP Info, która współpracowała z PiS. O pomoc zwrócił się do niej Sebastian Kaleta, obecny wiceminister sprawiedliwości, bliski współpracownik Jakiego.

Matuszewska znała wiele spośród ofiar reprywatyzacji, bo przygotowywała o nich program dla TVP „eksMisja”. Poza tym od 2008 r. jest członkinią Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów. Zgodziła się nie tylko przyprowadzić ludzi na plan, ale też przepytać ich przed kamerą. Ze zbitki dramatycznych wypowiedzi PR-owcy PiS mieli następnie zmontować emocjonalny spot.

– Chodziło w nim o dwie rzeczy: emocje i łzy. Ofiary, przepraszam za wyrażenie, miały srać łzami przed kamerą – przyznaje anonimowo jedna z osób, które pracowały przy tym klipie.

Nagranie realizowano w kamienicy przy ul. Poznańskiej 14. Przed kamerą jako pierwsza miała wystąpić Anna Kryńska, która doskonale znała to miejsce. Mieszkała tam niemal całe życie, dopóki wskutek reprywatyzacji została zmuszona do opuszczenia domu.

Przed nagraniami Pani Anna była bardzo zestresowana. Sąsiedzi, którzy byli na miejscu produkcji pamiętają, że co chwilę chodziła na zaplecze prosząc o łyk wody. Wyglądała na zmęczoną. Zostało to jednak zakryte makijażem i kobietę postawiono przed kamerą.

Matuszewska zdążyła zadać tylko jedno pytanie. Anna Kryńska zaczęła odpowiadać, ale po chwili zesztywniała i upadła na ziemię. Wyszeptała jeszcze: „Boże, ja umieram…”. Wyłączono kamery, a nieprzytomną Annę zabrała karetka.

Szybko okazało się, że kobieta chorowała od dłuższego czasu. Wiedziała o tym Katarzyna Matuszewska. W dniach przed nagraniem stan Kryńskiej był fatalny. Trzy tygodnie wcześniej zasłabła podczas spotkania poświęconego reprywatyzacji, w którym uczestniczył Sebastian Kaleta. Trafiła na oddział intensywnej terapii, gdzie dowiedziała się, że powinna mieć wszczepiony rozrusznik serca. W domu czekała na termin operacji. Jej stan nie pozwalał nawet na wyjście do sklepu. Każdy dodatkowy stres stanowił dla niej śmiertelne zagrożenie.

Pomimo takiego zagrożenia Katarzyna Matuszewska zdecydowała się przyprowadzić ją na plan. Działała na ostatnią chwilę, jedną z bohaterek spotu załatwiała na kilka godzin przed nagraniem.

Po upadku, Kryńska trafiła do szpitala na ul. Lindleya, a potem na ul. Banacha. Dawni sąsiedzi powiadomili córkę o zdarzeniu. Ta od razu stawiła się na oddziale intensywnej terapii. Tam lekarz powiedział jej, żeby „nie przyzwyczajała się do myśli, że weźmie swoją mamę z powrotem do domu”. Z Anną Kryńską nie można było już nawiązać kontaktu. Była nieprzytomna, zaintubowana, miała skurcze kończyn, leżała w śpiączce.

Zmarła około godz. 16, niecałą dobę po tym, jak pogotowie zabrało ją z ul. Poznańskiej. Lekarze w akcie zgonu napisali, że przyczyną śmierci był rozległy zawał, do którego doprowadził bardzo silny stres.

Zespół PR-owców PiS wpadł w panikę. Jak mówią osoby, które były wtedy na planie, Matuszewska przyznała się, że wiedziała o fatalnym stanie zdrowia Kryńskiej. Zaczęła się obwiniać, płakała.

Po latach udało nam się porozmawiać z osobami, które brały udział w pracach nad spotem: – To był moment, w którym zdaliśmy sobie sprawę, że przegięliśmy tak, jak nigdy wcześniej. Chcieliśmy wyciągać łzy od kobiety oczekującej na operację ratującą życie, z chorym sercem, płucami... Byliśmy przerażeni. Wiedzieliśmy, że nigdy nie powinniśmy do tego dopuścić i że ta sprawa to dla nas tykająca bomba. Wtedy zaczęła się rozmowa, jak to wszystko uciszyć, żeby o prawdziwych okolicznościach nie dowiedzieli się dziennikarze – mówi jeden z rozmówców, który prosił o zachowanie anonimowości.

Media bardzo lapidarnie pisały o sprawie- Anna Kryńska zmarła, bo wzruszył ją się widok kamienicy, z której została wyrzucona. „Fakt” pisał: „Weszła do starego mieszkania i pękło jej serce”.

Radosław Gruca i Barbara Burdzy, dziennikarze „Faktu” wpadli później na trop tego, jak naprawdę wyglądała śmierć bohaterki spotu. Piszą, że „temat tego spotu owiany jest w sztabie Jakiego tajemnicą”.

Podczas konferencji prasowej o sprawę bezpośrednio pytano Patryka Jakiego. Wtedy do mikrofonu odezwał się Sebastian Kaleta. Oznajmił, że nie będą komentować sprawy ze względu "na szacunek do rodziny Anny Kryńskiej”.

– Od początku było jasne, że z tą sprawą coś jest nie tak. W sztabie Jakiego zapanowała panika. Oni uważali, że śmierć pani Kryńskiej może wysadzić im całą kampanię – wspomina Radosław Gruca.

– Trafiłem na trop tego, co tak naprawdę tam się stało, bo rozmawiałem z lokatorami Poznańskiej. Oni mi wszystko opowiedzieli. Uważali, że autorzy tego spotu narażając Annę Kryńską na taki stres, przyczynili się do jej śmierci. Wahali się nawet, czy nie składać doniesienia do prokuratury. Planowali manifestację w dniu pogrzebu, ale zrezygnowali po kategorycznej prośbie córki pani Ani – przypomina sobie.

– Mnie ta sprawa do dzisiaj siedzi w głowie. To był hienizm level hard – dodaje.

W maju 2020 r. w centrum Warszawy spotkaliśmy się z córką Anny Kryńskiej. Chcieliśmy porozmawiać o okolicznościach śmierci jej matki. Tuż po tragedii nie była gotowa na rozmowę. Dopiero teraz odnalazła w sobie siłę, by wrócić do tych tragicznych wydarzeń.

– Z naszych ustaleń wynika, że twórcy tego spotu obwiniali się, że zignorowali stan pani mamy. I bali się, że ta sprawa wybuchnie w mediach… – usłyszała Pani Karolina.

– Nie dziwię się. Wie pan, że ja nie wiedziałam, że moja mama poszła na to nagranie? Ukryła to, bo nigdy bym na to nie pozwoliła... Zresztą nikomu z bliskich osób nie powiedziała. Ona ufała pani Matuszewskiej. Jak zwykle, chciała zrobić coś dobrego dla innych, dla ważnej sprawy… Ale prawda jest taka, że ona nie powinna się tam znaleźć. Katarzyna Matuszewska doskonale wiedziała, z jakim stresem wiąże się takie nagranie.

Porozmawialiśmy także z Katarzyną Matuszewską. Przekonuje, że wiedziała o problemach zdrowotnych Anny Kryńskiej, choć nie zdawała sobie sprawy, że nasiliły się one tuż przed nagraniem.

– Na Poznańską przyszła o własnych nogach. Gdy wcześniej kręciłam z nią jeden z odcinków mojego programu, to też była chwilę po pobycie w szpitalu. Ofiary reprywatyzacji to są dorośli ludzi, którzy mediów używają jako oręża w nierównej walce, jaką toczą. Robią to w pełni świadomie. Czy to był błąd, że nagraliśmy z nią spot? My nie mamy prawa ubezwłasnowalniać ludzi. Oni mają prawo podejmować własne decyzje – mówi dziennikarka.

– Anna Kryńska podjęła decyzję, że chce udzielić tego wywiadu. Bardzo chciała pomóc ministrowi Jakiemu. Ja byłam przekonana, że skoro została wypisana ze szpitala, to jest już w lepszym stanie. Skoro była w tak złym, to czemu lekarze ją wypuścili? – zastanawia się Matuszewska.

Radosław Gruca z „Faktu” pod koniec 2018 r. zaprosił Karolinę Kryńską na spotkanie w celu ustalenia okoliczności śmierci jej matki. Pani Karolina nie wiedziała, co robić. Widziała zaangażowanie Sebastiana Kalety i postanowiła skonsultować z nim tę decyzję. Polityk doradził jej, by nie spotykała się z żadnymi mediami.

Wysłał jej nawet SMS-em gotową formułkę, którą miała odsyłać dziennikarzom: „Szanowny Panie Redaktorze, nie jest tajemnicą, że moja Mama wspierała Komisję Weryfikacyjną w walce o Poznańską 14, kamienicy, z której niestety musiała się wyprowadzić. Proszę o niewykorzystywanie śmierci mojej Mamy w bieżących informacjach natury politycznej. Jako jej rodzina chcemy przez bardzo bolesny okres żałoby przejść bez udziału mediów. Proszę o uszanowanie mojej prośby. Karolina Kryńska”.

– Rzeczywiście, otrzymałem od Karoliny Kryńskiej wiadomość o takiej treści. To Sebastian Kaleta napisał tego esemesa? Nie jest to dla mnie zaskoczeniem. Oni najpierw postanowili bezwzględnie wykorzystać ofiary reprywatyzacji w walce z Trzaskowskim. A gdy wydarzyła się tragedia, robili wszystko, żeby dziennikarze nie węszyli przy tej sprawie i nie odkryli prawdy. – podsumował Radosław Gruca

Wraz z biegiem czasu śmierć mamy nie dawała pani Karolinie spokoju. Już 6 października 2018 r. napisała e-mail do Sebastiana Kalety z prośbą o pomoc w uzyskaniu nagrań z planu. Zgodził się to załatwić. Mijały tygodnie, ale żadna wiadomość nie nadeszła.

28 października pani Karolina wysłała kolejną wiadomość- tym razem do Katarzyny Matuszewskiej. Ta odpisała jej jedynie: „Nie jestem w dyspozycji materiału z udziałem śp. Anny Kryńskiej, nagranego w dniu 3 października 2018”. Poleciła kontakt z firmą Mangusta Film- warszawską firmą producencką. Nie miała ona wiele wspólnego ze spotem PiS- na planie pracował wynajęty od nich operator.

Z Mangusta Film odpisała Karolinie Monika Jastrzębska: „Bardzo mi przykro z powodu tego, co się wydarzyło. Jeśli chodzi o materiał i realizację – firma, którą reprezentuję nie produkowała tego materiału. Nie mamy żadnych powiązań z osobami, które zarządzały projektem. Został od nas wynajęty operator do realizacji obrazu, a materiał został po planie usunięty. Nie mamy nagrania. Przykro mi, ale nie mogę w żaden sposób pomóc”.

Próbowaliśmy dowiedzieć się od pani Jastrzębskiej, kto wykasował nagranie. Zadzwoniliśmy na numer wskazany na stronie internetowej firmy tuż po rozmowach z Sebastianem Kaletą i Katarzyną Matuszewską. Niestety, od razu odmówiono udzielenia jakichkolwiek informacji.

Kto zatem podjął decyzję o skasowaniu nagrania, które zarejestrowało ostatnie chwile życia Anny Kryńskiej?

Po zdawkowej odpowiedzi z Mangusta Film pani Karolina odpuszcza. Wtedy wiedziała jedynie, że nagranie udziałem jej matki zostało skasowane.

Temat drążymy dalej. Katarzyna Matuszewska mówi nam, że słyszała, że „skasowano je ze względu na szacunek do osoby zmarłej”.

Sebastian Kaleta przypomina sobie, że „pani Ania była bardzo zaangażowana w sprawę ulicy Poznańskiej”. – Kilkukrotnie się z nią spotykałem, zawsze podkreślała, że jej marzeniem jest powrót do zdewastowanego po reprywatyzacji mieszkania – podkreśla. Gdy spytaliśmy, czy sprowadzenie jej na plan było błędem, kieruje to pytanie do Katarzyny Matuszewskiej. – My w czasie komisji weryfikacyjnej zawsze braliśmy pod uwagę stan zdrowia mieszkańców. Jeśli ktoś był starszy i schorowany, kilkukrotnie odstępowaliśmy od przesłuchań – mówi.

Po śmierci pani Kryńskiej współpracownicy prezydenta Andrzeja Dudy dali swoim podopiecznym „na ochłonięcie” kilka dni wolnego.

Już po kilkunastu dniach zastanawiali się, jak uderzyć w politycznych przeciwników, by zabolało jeszcze mocniej. Najskuteczniejszym rozwiązaniem okazało się być wywołanie dyskusji o uchodźcach.

Przekaz był prosty: jeśli wygra PO – tacy jak Rafał Trzaskowski– to Polskę zaleje fala przybyszów z całego świata. Spot wyreżyserowała kolejna pracowniczka TVP współpracująca z partią, Ewa Świecińska – reżyserka dokumentu „Pucz” uderzającego w opozycję oraz współtwórczyni filmu „Smoleńsk”.

Sam pomysł nie był zbyt skomplikowany. Najpierw miały pojawić się wypowiedzi polityków PO będących zwolennikami przyjmowania uchodźców. Następnie na czarnej planszy wyświetlony miał zostać napis: „Czy tak może wyglądać rok 2020?”. Później aktorka grająca dziennikarkę miała opowiedzieć, że to przez działania PO Polska znalazła się w niebezpieczeństwie.

Retoryka filmu jasno głosiła, że tylko głos oddany na PiS mógłby uchronić nasz kraj przed najazdem hordy terrorystów.

Zapoznaliśmy się z dokumentami firmy Solvere. W jednym z nich Anna Plakwicz nie kryła dumy z pomysłu, na który wpadła wraz z współpracownikami.

Spot podsumowała określeniem „atomowego uderzenia”. Zastanawiała się także, czy teza, jakoby proponowana przez PO likwidacja urzędów wojewódzkich otwierała drogę do swobodnego przyjmowania uchodźców – jest w ogóle prawdziwa.

Kilka osób, które widziały, w jaki sposób powstawał ten spot, zgodziło się odpowiedzieć na kilka pytań.

Jedna z nich, zawodowo niezwiązana ani z Solvere, ani z Michałem Lorencem, mówi: – Już sam sposób przygotowywania tego spotu robił wrażenie. Wszystko było robione na szybko, ad hoc. Żadnego normalnego planu zdjęciowego, wcześniej zarezerwowanego miejsca. Aktorka, która zagrała dziennikarkę, źle się czuła, chyba miała kaca. W każdym razie strasznie się stresowała. Bardzo długo trzeba było ją nagrywać, bo ciągle się myliła.

Były pracownik Agencji Warszawa, którą kierował Michał Lorenc: – O tym spocie do dzisiaj jest głośno. Powstawał w totalnym chaosie. Kompletna amatorka.

Spot ukazał się 19 października i od razu wywołał burzę. Na Patryka Jakiego i PiS spłynęła fala krytyki.

Internauci stworzyli „listę wstydu”, na której umieszczono nazwiska polityków, którzy udostępnili nagranie. Znaleźli się na niej m.in. Patryk Jaki, Beata Kempa, Jacek Sasin, Tadeusz Cymański i Piotr Gliński.

Jarosław Gowin, szef Porozumienia w TVN24 przyznał, że po obejrzeniu spotu poczuł wstyd.

Krzysztof Bosak z Konfederacji napisał na Twitterze: „Ten spot jest tak odrażającą, cyniczną, podłą i głupią propagandą, że aż trudno uwierzyć, że naprawdę go wypuścili”.

Szymon Hołownia na Facebooku skomentował: „Ten spot jest obrzydliwie antyludzki (...) i antychrześcijański w postaci czystej”.

Adam Bodnar jako rzecznik praw obywatelskich zwrócił się do prokuratury z wnioskiem o wszczęcie postępowania w sprawie publicznego nawoływania do nienawiści.

PR-owcy PiS ponownie wpadli w panikę. Kampania bywała radykalna, ale nigdy wcześniej ich działaniami nie interesowała się prokuratura. W przypadku zdarzeń z ulicy Poznańskiej najważniejsze było ukrycie okoliczności śmierci Anny Kryńskiej. Tym razem Piotr Matczuk, Anna Plakwicz i Michał Lorenc zastanawiali się, jak zdjąć z nich odpowiedzialność, gdy dojdzie do prokuratorskich przesłuchań.

Według naszych źródeł zażądali od swoich współpracowników zatajenia informacji, że to oni wymyślili i zrealizowali spot.

Podwładni mieli zeznawać, że za produkcję odpowiadała krakowska firma Level. Według KRS zajmuje się wydawaniem książek. Tyle, że ich strona internetowa nie działa.

Według byłego pracownika Agencji Warszawa PiS faktycznie zawarło umowę z firmą Level na produkcję tego spotu. Jednak fakt, że spot o uchodźcach tak naprawdę był dziełem spółki Solvere, czyli m.in. Plakwicz i Matczuka, ujawnił dziennikarz Wirtualnej Polski Sylwester Ruszkiewicz.

Znaleźliśmy kolejne dowody na to, że wywołanie tematu uchodźców sprawi, że PO „będzie musiała zmierzyć się z bardzo niewygodnym pytaniem”, a „dodatkowo emocje wokół migracji dają dużą szansę na przebicie (...) w internecie”. Anna Plakwicz osobiście wysyłała e-maile z treścią scenariusza spotu.

Spot montowany był w budynku firmy Michała Lorenca. Udało nam się potwierdzić, że brał udział w całym procesie produkcji spotu.

Nasz informator: – Ten spot miał być petardą. Padło na uchodźców, bo wydawali się dla nas najbardziej wdzięcznym tematem. Ale znów przegięliśmy. Tym razem tak, że do gry weszła prokuratura. Zapanował strach. W śledztwie chodziło o to, żeby złożyć fałszywe zeznania, całkowicie obciążyć zaprzyjaźnioną z nami spółkę Level, a uchronić przed ewentualną odpowiedzialnością ekipę Solvere i Michała Lorenca. W jaki sposób? Po prostu przemilczając ich udział w przygotowywaniu i produkcji tego spotu.

W prokuraturze zeznawała Ewa Świecińska, która wyreżyserowała spot. – Czy moje zeznania panu nie wystarczą? Ja nie znam innego organizatora tego spotu niż spółka Level – powiedziała.

Chcieliśmy porozmawiać także z bliskim współpracownikiem Ewy Świecińskiej- Piotrem Kanią, wspomnianym przez jednego z naszych rozmówców. Jest byłym pracownikiem TVP, który współpracował z Solvere i Lorencem. On także był na planie spotu. Gdy dzwonimy, mówi krótko: – Tak, brałem w tym udział. Dziś żałuję, że uczestniczyłem w tak okrutnej propagandzie. Tyle mam do powiedzenia. Do widzenia – rzucił.

W sprawie spotu wciąż prowadzone jest śledztwo. Prokuratura nie chciała go podjąć, a gdy nakazał jej to sąd, postępowanie szybko zostało umorzone. Każdorazowo zażalenia na decyzje prokuratora składał Adam Bodnar. Ostatnio odniósł sukces – sędzia nakazał prokuraturze zająć się tą sprawą ponownie. Śledczy mają w końcu ustalić, czy spot naruszył prawo.

Według akt śledztwo dotyczy także „produkowania, przechowywania i posiadania w celu rozpowszechnienia nagrania spotu wyborczego PiS zawierającego treść nawołującą do nienawiści”.

Sąd chce także, aby śledczy przejrzeli komentarze w Internecie oraz powołali biegłego językoznawcę, który oceni, czy spot nawołuje do nienawiści „na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych czy wyznaniowych i czy owe treści mogą być tak zrozumiane przez potencjalnego odbiorcę spotu wyborczego”.

Czy prokuratura ponownie rozpatrzy wiarygodność zeznań i sprawdzi, czy ktoś próbował zataić prawdę o tym, kto był twórcą spotu? – W tej sprawie trwa gromadzenie materiału dowodowego. Jeżeli w postępowaniu pojawiają się jakiekolwiek wątpliwości co do wiarygodności zeznań świadków, prokurator na bieżąco podejmuje niezbędne działania, by je wyjaśnić – wyjaśniła prok. Mirosława Chyr z warszawskiej Prokuratury Okręgowej.

Annę Plakwicz, Piotra Matczuka oraz Michała Lorenca wiele łączy, choć jedno dzieli. O tych pierwszych regularnie mówią w mediach, nad Lorencem zaś unosi się cisza.

Kiedy PiS przejął władzę Matczuk i Plakwicz dbali o wizerunek ówczesnej premier Beaty Szydło. Dali się poznać szerszej publiczności głównie jako twórcy kampanii „Sprawiedliwe sądy”. To oni są odpowiedzialni za szkalujące polskich sędziów reklamy.

Oboje ponownie są zaangażowani w kampanię Prawa i Sprawiedliwości. Stoją za wizerunkiem prezydenta Andrzeja Dudy.

Z kolei Michała Lorenca nasi informatorzy nazywają „szarą eminencją PiS”. O tym, że brał udział w kampanii Andrzeja Dudy w 2015 r. wiemy m.in. z „Newsweeka”. Po objęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość jego Agencja Warszawa stała się główną agencją reklamową kontrolowaną przez PKO BP. Prezesem tego banku jest Zbigniew Jagiełło, bliski znajomy premiera Mateusza Morawieckiego.

Jeden z naszych rozmówców: – O jego sile stanowią dwie rzeczy: znajomości i kapitał. Póki rządzi PiS, o swoją pozycję może być spokojny. W jaki sposób traktuje swoich podwładnych? Powiem tylko tyle: ja gorszego czasu w swoim życiu niż z nim jako szefem nie przeżyłem.

W przeciwieństwie do Lorenca Anna Plakwicz i Piotr Matczuk to – zdaniem naszych rozmówców –ludzie, których nie da się nie lubić. – Zawsze uśmiechnięci, w dobrym humorze. Taka nierozłączna para. Wierzą w to, co robią. Że działają w słusznej sprawie. Dla Polski.- słyszymy.

Autor: 
Zuzanna Ożarek
Źródło: 

onet.pl

Polub Plportal.pl:

Reklama