Media i organizacje pomocowe bezmyślnie rzucają się na "naprawianie" kryzysu, którego nie rozumieją

Reklama

czw., 10/11/2018 - 07:45 -- zzz

Dlaczego duże organizacje profesjonalnie związane z pomocą humanitarną i rozwojową tak często krytykują gwiazdy ekranów z ofiarami katastrof na rękach i dlaczego „Dzieci zjadane przez robaki” to nie jest dobry tytuł na zbiórkę pieniędzy.

 

 

Od czasu do czasu z internetu, telewizji albo drzwi lodówki atakuje nas twarz kolejnej sławnej osoby, która „ratuje świat”. Przez „świat” mając najczęściej na myśli Afrykę, ewentualnie mniej rozwinięte rejony Ameryki Południowej lub Azji.

W komplecie dostajemy białych herosów dźwigających cegły, myjących czarne dzieci, lokalne historie o tragediach i zacofaniu. Generalnie obraz świata upadłego. A na koniec: wezwanie do działania. Możesz to zmienić właśnie ty!

Najświeższą taką postacią w Polsce był Sylwester Wardęga, który opublikował filmik o wiele mówiącym tytule „Dzieci zjadane przez robaki”. Przekaz płynący z innych światów to jednak nie tylko Wardęga, ale i postaci zajmujące się tylko tym na co dzień, które znamy z rozmaitych programów w TV. Wszyscy mają tę wspólną cechę, że pokazując nam miejsca, których nie znamy, budują nasze wyobrażenie na ich temat. Często w dobrej wierze robią jednak coś, czego efekt jest negatywny.
 

 

 

Wśród morza naiwnych („Może nie jesteś w stanie zmienić całego świata, ale jesteś w stanie zmienić cały świat chociaż dla jednej osoby”)* albo rasistowskich („I ch*j kogo interesuja murzyny x km stad, karmy dalej te czarne bestie, zeby mialy sporo sily do plyniecia w kierunku UE i robieniu dalszego gowna”)* komentarzy zwykle tonie głos ludzi „z wewnątrz”, którzy mówią: „Błagamy, nie namawiajcie do pomagania w ten sposób!”.

Dlaczego środowiska, które same „robią” w pomocy mają często pretensje do tych, którzy sprawiają, że strumień pieniędzy płynących do potrzebujących jest większy? Dlaczego, gdy Wardęga pomaga psom i kotom, to co robi jest super, a gdy publikuje film z Kenijczykami już nie?

Obóz w Goma albo odpowiedzialność za to, CO i ILE się mówi

Obóz w Goma to dobra opowieść o tym, że niepełna informacja może sprawić więcej złego niż dobrego.
Goma to stolica Północnego Kivu, prowincji Demokratycznej Republiki Konga, która znajduje się bardzo blisko Rwandy. Jako że kontynenty rozdzierają się bardzo powoli, znajdowała się dokładnie w tym samym miejscu w 1994 roku.
 

Zdj. coutasse.com

Pechowo, bo w 1994 roku w Rwandzie doszło do ludobójstwa, podczas którego świat przyglądał się, jak Hutu mordują Tutsi. Brak reakcji wynikał z kilku przyczyn. Pośród nich było wyjątkowo szybkie tempo mordowania (najszybciej dokonane ludobójstwo od czasów II wojny światowej), wydarzenia rok wcześniej w Mogadiszu, gdy Amerykanie setką zabitych i rannych opłacili bitwę z somalijską milicją, a wreszcie fakt, że Rwanda nie miała żadnych istotnych zasobów naturalnych. Brakowało więc woli (a mniejszym państwom zasobów), by wkroczyć i przerwać tamto piekło.

 

 

Notabene ludobójstwo (wcale nie pierwsze) było w dużej mierze efektem konfliktów podsycanych od początku XX wieku przez kolonistów - Belgów. Jednym ze skazanych za namawianie do ludobójstwa z 1994 roku był zresztą belgijski dziennikarz Georges Ruggiu.
 

Nawoływanie do mordowania „karaluchów” skończyło się dla tego pana pogrożeniem palcem i skróceniem wyroku. Po dziewięciu latach więzienia Ruggiu jest z powrotem na wolności, mimo że jego nienawistne wystąpienia stanowiły blisko 10% czasu antenowego stacji radiowej, która najbardziej przyczyniła się do mordów. Zdj. Wikipedia

Ale my tu nie o tym.

Gdy informacje o skali zbrodni zaczęły docierać na Zachód, świat zareagował sporym moralnym kacem. Ludzie przeżyli prawdziwy szok. Rosły w nich emocje: gniew, niezgoda na te wydarzenia, a przede wszystkim potrzeba działania.
 

Zdj. Chicago Tribune

Gdy więc telewizja pokazała dziesiątki tysięcy Rwandyjczyków uciekających przez granicę do powstającego na szybko obozu w Goma, pieniądze zaczęły spływać szerokim strumieniem, a Bill Clinton ogłosił rozpoczęcie operacji Support Hope („Wsparcie nadziei”).

Był tylko jeden haczyk. 

Od 500 000 do 2 000 000 Tutsi zginęło w ciągu pierwszych tygodni ludobójstwa, a stanowili oni około 15% populacji 7-milionowego kraju (to szacunki, liczby niekoniecznie się dodają). To raz. Dwa, uchodźcy uciekali do Goma, na północ, podczas gdy na południu - w Burundi - znajdował się Paul Kagame, lider sił Tutsi walczących w tamtejszej wojnie domowej. 

I, być może już się domyśliliście, ale do obozu w Goma nie uciekali Tutsi - ofiary ludobójstwa. Uciekali tam Hutu, w tym żołnierze i rząd odpowiedzialni za zbrodnie. Uciekali przed przechodzącymi do kontrataku siłami Paula Kagame, który postanowił powstrzymać to szaleństwo**. W mediach byli tacy, którzy o tym napisali, ale ogólny przekaz nie zniósł rozróżnienia, a organizacje pomocowe rzuciły się już do działania i zbiórki środków. 

Rachunek był prosty: ludobójstwo + uciekający ludzie = dajcie nam pieniądze, a będziecie spać spokojnie.

W pewnym momencie w obozie wydawano ponad milion dolarów dziennie. W książce „Karawana kryzysu” (doskonałej!) Linda Polman opisuje scenę, w której jeden z mieszkańców obozu przedstawia się z dumą „Je suis genocidier” („Jestem ludobójcą”). Obóz szybko nieoficjalnie opanowali żołnierze Hutu, zaczęto handlować w nim bronią i traktować jako punkt wypadowy do ataków na Rwandę i mordowania tych Tutsi, których nie udało się zabić wcześniej.

Wszystko to finansowane przez świat. Ludzie "przeżyli szok" i odczuli nagłą potrzebę pomocy, którą spełnili zalewając pieniędzmi organizacje, mimo że te czasem nie miały pomysłu, co z nimi zrobić (był moment, że zamiast oczyszczać wodę na miejscu przywożono ją samolotami, bo coś trzeba było zrobić z kasą). W tym samym czasie próbujący zaprowadzić porządek w zniszczonej Rwandzie Paul Kagame nie mógł doprosić się kilku tysięcy dolarów. 
 

Ponurym chichotem historii jest to, że organizacje humanitarne działały głównie wokół Rwandy, podczas gdy wracające do domu ofiary musiały radzić sobie same. Na zdjęciu kościół w Rwandzie, w którym zabito 5000 osób. Zdj. Wikipedia

Obóz szybko opuścili Lekarze bez granic, którzy nie chcieli brać odpowiedzialności za to, co się tam działo. Ale była tam ponad setka innych organizacji. Gdy pracowników jednej ruszało sumienie i postanawiali się wycofać, na ich miejsce przychodziło kilka innych. 

 

 

Każda z tych organizacji opłacała się bojowcom Hutu, wychodząc z założenia, że przecież są tam i tak zwykli ludzie, a ich obowiązkiem jest nieść pomoc, nie oceniać. Faktycznie jednak przez kilkanaście miesięcy przedłużali konflikt, ułatwiając zbrodniarzom nie tylko pozostawanie nietykalnymi, ale też dokonywanie kolejnych zbrodni.
 

Na zdjęciach z obozów ci, którzy dotąd dzierżyli karabiny i maczety wzbudzali takie samo współczucie jak ci, którzy przed nimi uciekali. Zdj. World Vision Magazine 

W końcu wojska Paula Kagame przekroczyły granicę i zaatakowały obóz, rozbijając go i rozwiązując problem, który wymknął się z rąk w zasadzie wszystkim. Raporty ONZ wspominały ponoć o możliwości dokonania przy tej okazji kolejnego ludobójstwa, ale w tej sytuacji trudno już kogokolwiek sądzić, bo napięcia sięgały zenitu.

Nie wypada się bawić w moralizowanie, ale Goma uchodzi za sztandarowy przykład tego, jak media i organizacje pomocowe bezmyślnie rzuciły się na "naprawianie" kryzysu, którego nie rozumiały. Co ważne: wiele z tych organizacji nie działało od wczoraj, a od lat, a jednak nie podołały sytuacji. 

Goma to skrajny przykład, ale niepełny obraz problemów to codzienność. Straszenie dziećmi umierającymi na rozmaite choroby, brakiem edukacji i biedą to często pokazywanie prawdy... Ale w wybranej części. Niekiedy prawdziwym problemem może nie być brak zeszytów i ołówków, ale infrastruktury, a sierociniec miejscem rozbijania, nie łączenia rodzin.

To, ile mówimy, jest ważne. A brak zgłębienia problemów i charakterystyki kraju, o którym mówią apologeci pomocy, napędza spiralę bezmyślnych projektów.

Biali mesjasze, czyli odpowiedzialność za to, JAK się mówi

Kolejna historia i kolejny afrykański konflikt, o którym słyszał cały świat. Wojna domowa w Sierra Leone była typową sytuacją, gdy państwo dostało po tyłku głównie z powodu pechowego położenia i... własnego bogactwa. W sąsiedniej Liberii Charles Taylor, absolwent amerykańskiego Bentley College, prowadził walki z będącym u władzy Samuelem Doe. Taylor radził sobie całkiem nieźle, ale gdy konflikt się przedłużał, a stron zaczęło być coraz więcej, stwierdził za Napoleonem, że potrzebuje po pierwsze pieniędzy, po drugie pieniędzy, a po trzecie i najważniejsze: pieniędzy.

A w Sierra Leone były między innymi diamenty.
 

Zdj. Wikipedia

Taylor szybko więc zorganizował i sfinansował lokalną bojówkę RUF, która ruszyła do walk, destabilizując kraj i pchając w łapy Charlesa pełne diamentów brzegi rzek. Nie będziemy tu wdawać się w szczegóły konfliktu, w każdym razie w kraju wkrótce pojawiły się białe namioty obozów, a w nich uciekający przed terrorem RUF: ludzie o poucinanych kończynach. Słynne: „krótki czy długi rękaw?” w odniesienie do tego, w którym miejscu ofiara życzy sobie, by ucięto jej rękę trafiło nawet do popkultury i hollywoodzkich produkcji.

Media pęczniały od obrazów okaleczonych ludzi. Zwłaszcza dzieci stały się wyjątkowo łakomym kąskiem dla obiektywów – nic tak jak pozbawione rąk maleństwo nie rozmiękczało serc na Zachodzie. Biali politycy i aktywiści tabunami przebiegali przez namioty, obejmując ofiary i obiecując pomoc. 
 

Nic nie robi tak dobrze kontu organizacji jak czarne dzieci bez kończyn na kolanach. Zdj. Materiały Hands for Africa

Świat znów odczuł potrzebę reakcji, a obrazy okaleczonych, którzy bez pomocy z Zachodu sobie nie poradzą, odniosły zamierzony efekt. Szybko obóz w okolicach Freetown stał się jednym z „najbogatszych” na świecie, a ofiary przymusowych amputacji stały się swego rodzaju gwiazdami. Znów za Lindą Polman można przytoczyć scenę, w której do namiotów uchodźców ustawiają się kolejki dziennikarzy i polityków!, a niektóre z bardziej „medialnie” okaleczonych dzieci spędzają niemal całe dnie na nagraniach telewizyjnych.

W pewnym momencie grupy mieszkające w obozie zaczęły zwalczać się między sobą (o to, kto ma „prawo” do bycia nazywanym prawdziwą ofiarą), a ponoć nawet dochodziło do przypadków samookaleczeń. Status „męczennika” stał się pożądany.

Bezmyślne wołanie do świata o pomoc wszelkiego typu zaowocowało również górami butów nie do pary, ryżem, pomarańczami, daktylami, czy pudłami okularów, z którymi nie było wiadomo co zrobić. Było to logistycznym koszmarem, choć na swój sposób zabawnym.

 

 

Stało się jednak coś jeszcze.

Zbudowano silną narrację potrzeby udzielenia pomocy. Ta, sama w sobie, była słuszna, ale przesunięto granicę tego, jak bardzo uprzedmiotowiono ofiary tej wojny. Stworzenie swego rodzaju „pornografii pomocy”, podkreślanie bezbronności i słabości miejscowych przy jednoczesnym nawoływaniu Zachodu do działania stworzyło wybuchowy miks, który zaowocował czymś w rodzaju kompleksu mesjasza.

Zaroiło się od małych organizacji, które postanowiły pomóc „bo tak”. Do obozów zaczęli zjeżdżać biali z Zachodu, którzy uznali, że wołanie o pomoc dotyczy nie tylko ich pieniędzy, ale ich osobiście, wielkie fundacje ani lokalne służby nie mają pojęcia, co robią, a zatem przyszedł czas na jednostki. 
 

Żarty się skończyły. Pora na kogoś, kto może się nie zna, ale ma za to wielkie serce! Zdj. www.karlanorton.co.nz

Jeden z amerykańskich lekarzy uznał, że na miejscu potrzebna jest jego ekspertyza. Zamiast jednak zgłosić się do któregoś z działających na miejscu szpitali stwierdził, że wie lepiej, co należy zrobić, sam zebrał więc ekipę dzielnych i wiernych i wkrótce postawił stopę w Sierra Leone. Natychmiast rzucił się do pracy i na przemysłową niemal skalę zaczął dokonywać operacji rannych. Decyzje odnośnie rodzaju i skali interwencji podejmowano w jego ekipie często bez przemyślenia, odejmując niekiedy większy fragment kości, niż było to konieczne, czy wręcz ucinając ranną kończynę, którą dało się uratować. Bohater w białym kitlu wszelkie zarzuty odparowywał stwierdzeniem, że od myślenia są goście z ONZ, on przyjechał tu ratować ludzi i nie ma czasu rozeznawać się w sytuacji – trzeba działać.

Samo to było już tragedią dla tych, którym udało się uciec przed maczetami RUF-u, ale Amerykanin popisał się kolejną głupotą w bardzo podobnym nurcie. Nie zapewnił pacjentom żadnej opieki pooperacyjnej. Przyjechał, zrobił swoje i wyjechał z powrotem, by w domu zebrać oklaski. Już kilka tygodni później duża część zabiegów musiała zostać powtórzona w lokalnych szpitalach z powodu jątrzących się ran, źle zrośniętych tkanek i protez, których nie korygowano w procesie gojenia się.

Mesjasz przyjechał, naprawił i wrócił, nie bardzo martwiąc się tym, jaki był rzeczywisty efekt jego „pomocy”.

W tym samym czasie w Sierra Leone działał Sam Simpson, który nie rzucał się wprawdzie na ludzi ze skalpelem, ale swoją misję postanowił realizować w równie bezmyślny sposób. Simpson zasłynął zabraniem dwójki dzieci z Sierra Leone do USA. Uznał, że dziewczynki nie zostały zaopatrzone w odpowiednie protezy i są w fatalnym stanie, nie ma więc lepszej metody na ratowanie niewinnych ofiar wojny niż wpakowanie ich do samolotu i zabranie ich do „krainy wolnych”. Nie wiedział albo postanowił pominąć fakt, że obóz pod Freetown roił się od protez wszelkiej maści, zaś lekarze na miejscu dopasowywali je wraz z rozwojem dzieci. Niekiedy też dzieci wyrzucały nowe protezy, bo stare bardziej przyciągały media i idące wraz z nimi „prezenty”.

Sam Simpson adoptował dwie dziewczynki i wkrótce zaczął jeździć po Ameryce, traktując przybrane córki jako ambasadorki działań jego organizacji. Istotnym słowem jest tu jednak „adoptował”. Wzorem działań Simpsona w tym czasie bardzo dużo dzieci z Sierra Leona trafiło do rodzin na całym świecie. Ich adopcja jednak zawierała się najczęściej w bardzo prostym układzie. Rodzicom podsuwano papier, którego nie potrafili nawet przeczytać, urabiano ich, że w ten sposób pomogą potomstwu, a gdy orientowali się o co właściwie chodzi, było już za późno. 
 

Brytyjska para adoptuje jedną z ofiar wojny. Strona organizacji twierdzi, że dziewczyna radzi sobie bardzo dobrze w nowym kraju. Nietrudno znaleźć w internecie więcej takich „success stories”, na ogół jednak nie ma w nich żadnej wzmianki o biologicznych rodzicach dzieci. Zdj. sierraloaded.net

Skorumpowani urzędnicy Sierra Leone na potęgę stawiali pieczątki na złożonych przez zaprzyjaźnione organizacje aplikacjach, a dzieci trafiały do rodziców na całym świecie. Niektóre próbowano potem „zwrócić”, bo nikt jakoś nie wpadł na pomysł, że wychowane w afrykańskiej wiosce, straumatyzowane wojną i wreszcie oderwane od rodzin dzieci nie tak łatwo odnajdą się w rzeczywistości innego świata.

Sierra Leona przeżyło najazd mesjaszy, którzy uwierzyli, że wystarczy być białym, by wiedzieć lepiej, jak rozwiązywać problemy Afryki.

 

CO, JAK i ILE

Łatwo wysnuć myśl, że nie warto pomagać wcale, ale nie o to chodzi. W tych historiach nie chodzi w gruncie rzeczy o to, co zrobiono próbując pomóc, ale co do tego doprowadziło. To „jak” mówi się o ofiarach kryzysów czy zwykłej biedy. Nawet gdy pieniądze idą na właściwy cel, bo pomoc niewątpliwie jest potrzebna, wciąż ważne jest w jaki sposób pokazujemy ludzi, którzy są beneficjantami akcji. Faktem jest, że niełatwo będzie wypełnić puszkę, jeśli pokażemy bogatego reprezentanta klasy średniej z Nairobi albo zdjęcie miasta jak to:
 

Nairobi. Ta żyrafa ewidentnie wygląda na niedożywioną. Zdj. Wikipedia

Wypełniając media uproszczonymi jak kolorowanka trzylatka historiami czy pornografią pomocy biednym, chorym dzieciom, wypełnia się też umysły. Umysły, które rodzą komentarze jak ten na początku, o chatach z gówna. Albo wariackie pomysły, wiarę, że ktoś ma prawo dokonywać operacji na ofiarach wojny czy porywać dzieci, bo wie najlepiej, co będzie dla nich dobre. Niezależnie od tego jak zostaną wykorzystane pieniądze, te obrazy kształtują sposób myślenia całych społeczeństw.

Czy przy retoryce mesjasza to takie dziwne, że Afryka roi się od małych, "białych" organizacji, które przychodzą i od razu "wiedzą" jak rozwiązywać problemy, których nie rozumieją? 

Goma i Sierra Leone to bardzo mocne przykłady. Lżejszym jest firma Toms Shoe’s i akcja One for One. Film Poverty Inc. opisuje sytuację tego producenta obuwia, który za każdą zakupioną parę w USA rozdawał jedną za darmo gdzieś na globalnym południu. Super! Tylko że odebrało to pracę wszystkim szewcom tam i skazało wielu z nich na nędzę. Zadało więc kolejny cios słabej gospodarce, której efektem był ów brak butów. Buty przypłynęły, ale społeczność stała się jeszcze biedniejsza i bardziej zależna niż przedtem.
 

Dil wygląda tak: ty masz buta, a ja niezły PR i rzesze klientów, a twój stary niech zajmie się uprawą batatów

Oczywiście dzieci chodziły tam bez butów wtedy, gdy szewcy żyli jeszcze w najlepsze, więc ostrożnie z tą krytyką... Ale warto zwrócić uwagę na naiwny mechanizm węzła gordyjskiego i białej ręki, który za tym stoi.

Ktoś przyszedł, zobaczył problem i bez zastanowienia stworzył potężną kampanię, żeby go rozwiązać. Czy zrobiłby to, gdyby zobaczył bose dzieci w Hiszpanii? Przemysł medialnego przekazu w kontekście "tamtego" świata daje nam nieuzasadnione poczucie wyjątkowości, wrażenie wiedzy, której nie mamy i misję, wezwanie do działania, które nie zawsze ma pozytywny efekt.
 

 


U podstawy tego wszystkiego leży fastfoodowe poczucie wyższości, napędzane ciągłym pokazywaniem ludzi „tam” jako ofiary, a nas jako wybawicieli. Prosty mit: „beze mnie sobie nie poradzą”. Ja myję dziecko, ja buduję sierociniec, ja muszę pojechać, ja muszę pomóc. Zapełnia to konta organizacji, które niekiedy robią wiele dobrego, ale i wychowuje kolejne pokolenia w jednej z dwóch myśli. Albo że to my wiemy najlepiej jak im pomóc, albo że skoro nasze działania nie dają rezultatów, to głupi czarni na pewno sami są sobie winni.

Kłopot więc nie w tym, że ktoś chce pomóc, nie w tym nawet, czy przy okazji podbija reputację własnego nazwiska, ale w tym CO, ILE i JAK mówi. I z jaką wizją świata nas zostawia.

Autor: 
zzz
Źródło: 

joemonster.org

video: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama