Przez ostatnie sto lat cywilizacja europejska ogromnie zdziczała

Reklama

pt., 09/21/2018 - 13:09 -- zzz

Mniej więcej sto lat temu sławny podróżnik i etnolog Bronisław Malinowski określił, czym zasadniczo różnią się ludy, które zwano wtedy, bardzo niepoprawnie politycznie, dzikimi, od nas - ludzi cywilizowanych. Mianowicie: poczuciem upływu czasu. Cywilizacja zrodziła się ze świadomości, że jesteśmy dziedzicami swych przodków i oddamy dziedzictwo po nich swym potomkom, ze spisywania historii i uznania jej za "nauczycielkę" życia. Natomiast dzikie plemiona, jak je opisał Malinowski, żyją w "wiecznym teraz". O jutrze nie myślą, wczoraj nie pamiętają, istnieje tylko dziś.

Jeśli Malinowski miał rację, to przez ostatnie sto lat cywilizacja europejska ogromnie zdziczała. Tu i ówdzie, niejako wyspowo, pozostały elity, które kultywują dawny cywilizowany sposób myślenia, ale coraz mocniej omywa je fala plebsu żyjącego wyłącznie dniem dzisiejszym. Nie pamiętającego i nie chcącego pamiętać, co i jak było - no, może nie wczoraj, ale już, powiedzmy, miesiąc temu.

 

 

Niepamięć jest zresztą nierównomierna, przypomina chorobę zwaną potocznie sklerozą: pamiętasz co się działo pół wieku temu, za czasów szkolnych, ale nie wiesz, gdzie przed chwilą położyłeś klucze. Historia dawniejsza jest jeszcze broniona różnymi oficjalnymi rytuałami, ale także i działaniem zapaleńców - przypominamy o rocznicach niepodległościowych, o powstaniach, obchodzimy uroczyście, oglądamy promujące wiedzę historyczną programy w mediach i tak dalej. Jednocześnie zaś to, co było kilka miesięcy temu - znika kompletnie w zgiełku i jazgocie bieżącej propagandy, czy raczej zmagających się propagand. Więcej wiemy o Pierwszej Kadrowej i Legionach, niż o tym, od czego zaczęła się pochłaniająca tyle sił i emocji wojna o Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy i tak dalej.

Może ktoś powie - bo Piłsudski i Legiony to tematy dużo ciekawsze, niż "praworządność", o zagrożeniu której alarmują ludzie, delikatnie mówiąc, nie wyglądający na szczerych ani bezinteresownych. Byłoby dobrze. Ale mam wrażenie, że ogólna skleroza to cena, jaką płacimy za upowszechnienie mediów elektronicznych i zdominowanie przekazu przez obrazki. Bo o ile słowa, żeby coś znaczyły, muszą być powiązane w zdania, akapity i wątki, co wymusza związki przyczynowo-skutkowe między nimi i myślenie linearne, to obrazki tylko migają, wzbudzają emocjei znikają. Mogą się ze sobą wiązać, ale nie muszą - albo może być to związek nie przyczynowo-skutkowy, logiczny, a tylko oparty na pobudzaniu tych samych emocji, choćby bodźcami z punktu widzenia logiki sprzecznymi.

Może nie wszyscy, może nie wszędzie - ale "plemiona polityczne" w Polsce w "wiecznym teraz" żyją na pewno. Można by tu w nieskończoność rzucać przykładami, ot, najnowszy: przez wiele miesięcy przemysł nienawiści do prezydenta Dudy młócił argument "marny prezydent, bo nie chciał się z nim spotkać Trump" względnie "bo spotkał się na za krótko, nie tak i w ogóle na schodach", a dziś oto "ekspert" od Bronisława Komorowskiego, pan Kuźniar, wyznacza przekaz: "Duda (oni zawsze mówią "Duda", nigdy "prezydent Duda") dołączył do takich watażków, z którymi spotyka się Trump, jak Kim Dzong Un czy Rodrigo Duterte, rządzących autorytarnie swoimi krajami". Jak może "Duda" jednocześnie rządzić Polską autorytarnie i być tylko "notariuszem", "długopisem" etc. to wyjaśnić może tylko tak tęgi mózg, jak pan Kuźniar.

 

 

Tłumaczenie, jak marnym dziennikarstwem jest w komentowaniu prezydenckiej wizyty, pod wieloma względami przełomowej, skupianie się na jednej niefortunnej fotce, to chyba zbyt prosta robota, żeby się jej imać. Zresztą nie bardzo widzę sens. Frustratom i chorym z nienawiści, których "tefałeny" odsuwanego od trzech lat od wpływów układu wytresowały w nienawistnej furii, należy pozostawić pewne, powiedziałbym, emocjonalne wentyle. Niech sobie pobluzgają na swoich profilach, podrą łacha z wpadki prezydenckich specjalistów od protokołu, okutają szmatą jakiś pomnik - i w tym się wyżyją. Pisałem kiedyś o tygodniku "Nie" (nie bardzo wiem, czy to jeszcze wychodzi), który w podobny sposób zastępczo zaspokoił i rozładował emocję rzeszy sierot po PRL.

Warto natomiast nieustająco przypominać, że sytuacja dzisiejsza zakorzeniona jest we "wczoraj", w "pół roku temu" i w "na początku kadencji".

Przypominać wepchniętym w histerię nienawiści wyznawcom "konstytucji", ot, choćby to, że za to, co im się tak nie podoba, winę ponosi nie PiS - ale oni, to znaczy ich liderzy. To PO, w swej głupocie, odrzuciło możliwość naprawienia Trybunału Konstytucyjnego po tym, jak złamało Konstytucję, wybierając dwóch "nadwymiarowych" sędziów, i po tym, jak PiS odpowiedziało im pięknym za nadobne. Komisja Wenecka, na którą chętnie się anty-pis powołuje, ale bez konkretów, zasugerowała wtedy poprawkę konstytucyjną. Była konkretna propozycja: wybór całego składu nowego, kompromisowego Trybunału większością dwóch trzecich głosów, była na to wstępna zgoda PiS, który gotów był się cofnąć - Polska by na takim kompromisie zyskała niepomiernie. Ale to właśnie PO i jej medialna "otoczka" za nic rozwiązania problemu nie chciały, bo sobie wykombinowały, że grzejąc temat doprowadzą do zamieszek, buntu korporacji prawniczych i przyśpieszonych wyborów.

Podobnie, nie jest dla dziennikarzy tajemnicą, że gdyby była prezes SąduNajwyższego złożyła wymagane ustawą oświadczenie o gotowości dalszego orzekania - to by ją prezydent Duda na stanowisku zostawił. Sama celowo złamało prawo, żeby zaognić sytuację, postawić sprawy na ostrzu noża, bo, jak z właściwą sobie nieprzemyślaną szczerością wyjaśniła w wywiadzie, "namówiono ją", przekonując, że jest "ostatnią linią oporu". Czyjego oporu i przeciwko czemu, to już mi się nie chce wyjaśniać, wiele razy to robiłem.

 

 

 

Pamięć, kto ją ma, nie pozostawia wątpliwości: PO stosuje te samą strategię, co w latach 2005-2007. Wtedy też, nie dbając o dobro państwa, starała się nie pozostawić PiS żadnej możliwości działania, niż z radykalizmem, by przypomnieć choćby, jak jednocześnie odmówiła jakichkolwiek rozmów koalicyjnych i zgody na rozwiązanie Sejmu, a potem, wykorzystując jedną z niezliczonych luk w konstytucji, próbowała odwoływać mniejszościowy rząd PiS po jednym ministrze, aż do sytuacji, gdy Polska zostanie w ogóle bez jakiejkolwiek władzy wykonawczej - byle tylko tak ustawionego pod ścianą przeciwnika "zgrillować".

Nie należy też zapominać, że po ostatnich wyborach w Niemczech, w umowie koalicyjnej nowego-starego rządu Angeli Merkel ustawiono stosunki z Polską na pozycji jednego z priorytetów, wyżej od na przykład stosunków z Francją. To był jasny, wyraźny sygnał - poszły za nim zresztą inne - że Niemcy przyjmują do wiadomości zmianę, jaka w Polsce zaszła, wkładają między bajki obietnice "totalnej opozycji" przywrócenia stanu poprzedniego uliczną rebelią i chcą wynegocjować z Polską jakiś nowy "modus vivendi".

Jaka była reakcja strony polskiej? Macie nie budować "Nordstreamu 2" - nic mniej!

Nawet prezydent USA nie liczy na to, że otwarcie gazociągu uniemożliwi, na to już za późno - gra o mniejsze, realistyczne cele. My też mieliśmy koniunkturę, by o takowe zagrać, ale nie chcieliśmy. Nasz wybór, ale nie dziwmy się teraz, że niemieckie władze robią nam różne drobne złośliwości, a to demonstracyjnie goszcząc Małgorzatę Gersdorf jako "I Prezes SąduNajwyższego", a to równie demonstracyjnie zapraszając do debatowania o stanie polskiej demokracji panią z rosyjskim obywatelstwem okupowanego Krymu, milionami od szemranego milionera Abljazowa i naszym zakazem wjazdu.

Podobnie jak dla "totalnej opozycji" korzystne jest podgrzewanie wojny polsko-polskiej, tak dla władzy korzystne jest trwanie konfliktu zewnętrznego - w obu wypadkach generuje to tak potrzebne ich polityce emocje. Można drzeć szaty, apelować, bić na alarm i trzymać w ryzach politycznie aktywną część społeczeństwa szantażem, że kto nie z nami, ten z nimi, że na wszelkie merytoryczne programy, nie mówiąc już o pozytywnych działaniach, przyjdzie czas później, a na razie to najpierw trzeba "oczyścić ze złogów", względnie najpierw trzeba "przywrócić praworządność".

Gdyby Polacy mniej skupiali się na obrazkach, migających teraz, w tej chwili, w dzisiejszym serwisie informacyjnym, a zapamiętywali sekwencje zdarzeń, przyczyny i skutki - nie pozwolili by może na tak beznadziejną politykę, jakiej wszyscy jesteśmy dziś ofiarami. 

Autor: 
Rafała Ziemkiewicz
Źródło: 

interia

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama