Antypolska polityka, czyli kto chce zniszczyć polską branżę futrzarską?

Reklama

98% polskiego kapitału, 60 tys. miejsc pracy, czołowa pozycja Polski na rynkach światowych, eksport wart 2,5 mld zł rocznie – o jakiej branży mowa? Tak, to atakowane przez pseudoekologów hodowle zwierząt futerkowych. Funkcjonowanie tak prężnie działającej i rozwijającej się branży nie wszystkim jest jednak na rękę.

Od kilku miesięcy politycy skupieni wokół Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt próbują przeforsować nie najgorszą nowelizację ustawy o ochronie zwierząt. Nie najgorszą, bo normującą kwestie związane ze znęcaniem się nad psami czy kotami, ale także… boczną furtką równającą z ziemią polską branżę hodowli zwierząt futerkowych.

Rozwój polskiej branży bez problemów do 2012 r.

Podobnego szwindla nie było w naszym kraju od czasu oddania przemysłu stoczniowego Niemcom czy wypuszczenia z rąk za bezcen naszej pozycji jako światowej potęgi węglowej. Branża futrzarska rozwijała się w Polsce bez problemów aż do roku 2012, kiedy to hodowcy rozpoczęli wielkie inwestycje, które przełożyły się na wskaźniki produkcji i eksportu, czyniąc Polskę drugą potęga w Europie i trzecią na świecie pod względem produkcji skór zwierząt futerkowych oraz absolutnym liderem w kwestii jakości prowadzonych hodowli. To z kolei uderzyło w silne zagraniczne rynki, które – oburzone – rozpoczęły ofensywę mającą na celu dyskredytację polskich hodowli.

W sukurs interesom Duńczyków, Finów czy – wówczas jeszcze – Holendrów przyszły „polskie” organizacje ekologiczne czy – jak kto woli – pseudoekologiczne, które uczyniły z branży futrzarskiej obraz piekielnej deprawacji pozbawionej jakiegokolwiek elementu humanitaryzmu. Jakby tego było mało, w ostatnich kilku latach żywy interes związany z likwidacją branży futrzarskiej zwietrzyli Rosjanie, którzy w konsekwencji wprowadzonego embarga, wybudowali u siebie wielkie fermy drobiu. Ale od początku…

Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.

Zwierzęta futerkowe żywią się pozostałościami z produkcji mięsa drobiowego czy przetwórstwa rybnego, utylizując w ten sposób – w samej tylko Polsce – 750 tys. ton odpadów poubojowych rocznie. Ich wartość w naszym kraju szacuje się 0,5-1 mld zł rocznie. Obecnie producenci mięsa odsprzedają odpady hodowcom zwierząt futerkowych, oszczędzając w ten sposób rzeczony miliard złotych w skali roku. Likwidacja ferm futrzarskich zmusiłaby ich do rozpoczęcia procesu przemysłowej utylizacji, czyli niekorzystnego dla środowiska spalania odpadów. Owo spalanie jest też niekorzystne dla portfeli samych producentów wędlin, kiełbas czy innych produktów mięsnych, które w sytuacji zniszczenia branży futrzarskiej najzwyczajniej zdrożeją, co odbije się na kieszeni przeciętnego Kowalskiego. Odbije się znacznie, bo w przypadku monopolu na utylizację ceny tej usługi zapewne poszybują w górę. Polski rynek utylizacyjny mało ma jednak wspólnego z naszym krajem, bo w 85% należy on do… Niemców, czyli kolejnego beneficjenta wprowadzenia w Polsce zakazu hodowli zwierząt na futra. Ale wracając do Rosjan…

Ogromne nakłady przeznaczone na budowę ferm drobiarskich spowodowały konieczność utylizacji odpadów, którą ściśle reguluje rosyjskie prawo. Rosjanie także nie mają „swoich” firm utylizacyjnych, wobec czego zainwestowali w hodowle… zwierząt futerkowych, pnąc się w światowych rankingach produkcji. Polski rynek z chęcią zagarnęłyby także – wciąż mające znaczny potencjał rozwojowy – kraje skandynawskie, czyli Dania, Finlandia i Szwecja.

Do pełni układanki brakuje jeszcze związków między „ekologami” (sic!), a krajami, którym na zniszczeniu polskich futrzarzy zależy najbardziej. Nie trzeba daleko szukać. Jedna z wiodących organizacji prozwierzęcych w naszym kraju przyznała, że współpracuje z utylizatorami w celu likwidacji hodowli futrzarskich w Polsce.

Na poniższym nagraniu można zobaczyć czym faktycznie zajmuje się stowarzyszenie „Otwarte klatki” i o co walczy.

Jakby tego było mało, wspomniane stowarzyszenie aktywnie wspiera niemieckich „ekologów”, którzy upodobali sobie „wizyty” w Polskich fermach. Można o tym przeczytaj TUTAJ. Do tego dochodzą wpływy z 1% podatku, które trafiają do organizacji „eko” w oparciu o medialny rozgłos, który zapewnić mogą sobie tylko przez ukazywanie kontrowersyjnych zdjęć, które niejednokrotnie są efektem poważnych manipulacji, widoczne poniżej.

A sama branża… czymże jest 98% polskiego kapitału, 60 tys. zatrudnienia, 2,5 mld rocznej wartości eksportu, 7 mld zł wartości środków trwałych, najwyższe na świecie standardy hodowli, oddolne audyty hodowców czy 100% wskaźnik eksportu? Dla niektórych polityków, którzy w poważaniu mają dobro polskiej gospodarki i obywateli – po prostu niczym. Szczęście w nieszczęściu, że wyborcy mają dobrą pamięć.

Autor: 
Paweł Drygiel
Źródło: 

wolnyrynek

Dział: 
video: 

Komentarze

Wysłane przez Aneta (niezweryfikowany) w
Taka wartość dla gospodarki, ludzi i eksportu,a polski rząd chce to zamknąć? Jak takie organizacje jak ta z nagrania mają wpływ na rządzących to jestem przerażona! Przecież to jacyś manipulanci!

Wysłane przez Patryk (niezweryfikowany) w
Jak dla mnie takie działania to pseudoekologia. Zupełnie nielogiczne. Czyli co mamy pozamykać wszystko nie hodować zwierząt futerkowych, potem świń, krów itp, bo widzę , że do tego to zmierza. A niby żyjemy w wolnym kraju.

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama