Czaszki zamordowanych Polaków elementem wyposażenia domu córki niemieckiego lekarza

Reklama

Córka niemieckiego lekarza, który podczas II wojny światowej studiował medycynę w Poznaniu, przywiozła do Polski dwie czaszki. Prawdopodobnie należały do Polaków zamordowanych przez Niemców. Teraz po wielu latach eksperci spróbują ustalić, kim byli ludzie, których szczątki od lat spoczywały w szafie lekarza.


Marei Drassdo oświadczyła, że szczątki ludzkie przez dziesięciolecia były w posiadaniu jej rodziny.

- Te czaszki były u nas od kiedy pamiętam, były takim samym elementem wyposażenia naszego domu jak wszelkie inne sprzęty gospodarstwa domowego. Pamiętam, że ojciec pokazywał mi je, otwierał i objaśniał. Kiedyś zapytałam go skąd je ma. Powiedział, że kupił je w Poznaniu, bo były mu potrzebne do nauki; studenci mogli takie czaszki nabyć za kilka groszy. Nie mam pojęcia, czy ojciec znał ich pochodzenie - powiedziała.

Marei Drassdo doprecyzowała, że jej ojciec w czasie wojny był żołnierzem Wehrmachtu, służył we Francji, Norwegii, Bułgarii i Polsce. Gdy zdecydował się zostać lekarzem, przez pewien czas studiował w Poznaniu, potem swą edukację, przerywaną służbą w wojsku, kontynuował na uczelniach w Lipsku i w Erlangen. - Kupione w Poznaniu czaszki ojciec zabrał ze sobą do kolejnych miast na studia, potem do Berlina Zachodniego, gdzie zaczął praktykę i wreszcie, gdy przeprowadzaliśmy się do RFN, one pojechały razem z nami - powiedziała.

Wcześniej działałam w organizacji funkcjonującej przy byłym obozie pracy. - Mam częsty kontakt z potomkami ofiar obozu i wiem jak ważna dla nich jest wiedza, co stało się z ich krewnymi. To dlatego przyszło mi na myśl, że należałoby się dowiedzieć, do kogo należały czaszki leżące od lat w moim domu - wyjaśniła.

W latach II wojny światowej w Poznaniu działała niemiecka uczelnia z wydziałem medycznym, który przygotowywał m.in. felczerów do pracy na froncie. - Dziekan Wydziału Medycznego Uniwersytetu Rzeszy w Poznaniu, anatom prof. Hermann Voss robił doświadczenia na materiale ludzkim. Preparował zwłoki mordowanych Polaków, wydobywając czaszki i szkielety, które następnie oferował m.in. europejskim muzeom. Podejrzewamy, że także czaszki, które nabył student Drassdo pochodzą z takich zwłok - wyjaśnił.

Jego zdaniem czaszki mogły pochodzić od osób straconych w Forcie VII, pierwszym na ziemiach polskich niemieckim obozie koncentracyjnym, lub zamordowanych w więzieniu przy ul. Młyńskiej. Ciała z obu tych miejsc trafiały do anatomów z niemieckiego uniwersytetu w Poznaniu.

Eksperci z Zakładu Medycyny Sądowej w Poznaniu podjęli się odtworzenia wyglądu osób, do których należały czaszki. To może pomóc w ustaleniu ich tożsamości i dotarciu do krewnych. W środę trafiły do nich przywiezione z Niemiec ludzkie szczątki.

Niezależnie od powodzenia poszukiwań bliskich ofiar do których należały czaszki, zostaną one w przyszłym roku uroczyście pochowane na terenie jednej z poznańskich nekropolii, w mogile nieznanych ofiar wojny. - W ten sposób zamierzamy w godny sposób zakończyć historię tych czaszek - powiedział Świątkowski.

Według relacji naocznych świadków, głowy pomordowanych w hitlerowskiej katowni przy ulicy Młyńskiej były gotowane, a potem suszone na dachu. Obok opalali się studenci. Świeżo spreparowane czaszki były często nagrodami (!) za dobre odpowiedzi. Opisano ten proceder w ksiażce "Gerichtsmedizin unterm Hakenkreuz"

Autor: 
VIOLETTA BARAN/Z.B./(freeimages.com, Fot: Martin Land)
Źródło: 

wp/plportal.pl

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama