DEMAGOGIA PODATKOWA

Reklama

Skoro Pan Premier chce „zaproponować” nam podatek „solidarnościowy” - czyli zabrać więcej tym, którzy mają trochę więcej, żeby dać trochę tym, którzy mają mniej, postanowiłem udowodnić jak łatwo na demagogię odpowiedzieć jeszcze większą demagogią. Bo rozumiem, że oczywiście „propozycja będzie nie do odrzucenia” - jak ta Don Corleone.

Skoro niesprawiedliwe jest, że jedni mają więcej pieniędzy niż inni, którzy w dodatku są chorzy, to chyba jeszcze bardziej niesprawiedliwe jest to, że jedni mają obie nerki zdrowe, a inni mają obie chore. Trzeba by jakoś tę nierówność wyrównać. Nie da się tego osiągnąć poprzez zabranie niektórym ludziom pieniędzy. Zwłaszcza, że ci, którzy mają dużo pieniędzy mogą nie mieć zdrowych nerek. Potrzebne są więc nerki. Zgodnie z teorią „malejącej użyteczności krańcowej”, która uznawana jest przez bojowników o sprawiedliwość społeczną za doskonałe uzasadnienie progresji, „dla człowieka, który ma większy stosunkowo dochód, pieniądz ma mniejszą wartość”, gdyż: (i) użyteczność rośnie wraz ze wzrostem dochodu, a (ii) użyteczność krańcowa maleje wraz ze wzrostem dochodu.

Malejąca użyteczność krańcowa oznacza, iż satysfakcja czerpana z dodatkowej jednostki dochodu jest tym mniejsza, im wyższy jest ten dochód. Zatem zabranie części dochodu osobie bogatszej i dostarczenie jej osobie biedniejszej powoduje większy wzrost użyteczności u osoby biedniejszej niż spadek użyteczności u osoby bogatszej.

Najczęściej uzasadnia się tę teorię przykładem odnoszącym się do potrzeb najbardziej intensywnych. Podatnik o najniższym dochodzie, przeznaczający w całości ten dochód na zaspokojenie podstawowych potrzeb żywnościowych, ubraniowych i mieszkaniowych, dotkliwiej odczuwa zwiększenie podatku o jeden punkt procentowy, co może niekiedy powodować wręcz jego niedożywienie, niż podatnik, który na żywność wydaje tylko ułamek swojego dochodu, przeznaczając pozostałe jego części na konsumpcję towarów luksusowych i zwiększenie oszczędności. Jak pisał Georges Buffon w Essai d’arithmetique morale „talar biedaka przeznaczony na opłacenie artykułów pierwszej potrzeby i talar, który dopełnia mieszek bankiera, są w oczach matematyka dwiema jednostkami tego samego rodzaju, lecz pod względem moralnym pierwsza ma wartość złotego luidora, druga zaledwie miedziaka”. Zwolennicy tej teorii mogliby nawet powołać się na biblijną przypowieść z ewangelii Świętego Marka o wdowim groszu, który był najwyższą ofiarą złożoną w świątyni, bo gdy inni oddawali więcej, ale z tego co im zbywało, ona, choć oddała mało, to jednak wszystko co miała - gdyby oczywiście znali Biblię.

Ale jak jesteśmy przy teorii użyteczności to pochylmy się nad jej definicją. Można wyróżnić dwa jej rodzaje: porządkową i kardynalną. „Użyteczność porządkowa” to po prostu dowolna funkcja porządkująca koszyki dóbr w kolejności preferencji indywidualnych. Większa użyteczność jednego koszyka w porównaniu z innym oznacza, że dana jednostka postawiona w sytuacji wyboru między nimi wybierze ten o wyższej dla niej użyteczności. Nie jest przy tym istotne, o ile bardziej użyteczny jest jeden koszyk od drugiego. Pojęcie użyteczności sprowadza się więc jedynie do funkcji matematycznie porządkującej preferencje, a rzeczywiste wartości tej funkcji nie mają znaczenia. Można jedynie zdefiniować całą klasę funkcji, zachowujących między sobą monotoniczność, czyli jednakowy „porządek” preferencji. Do jego zróżnicowania potrzebna jest użyteczność kardynalna, definiująca nie tylko, którą sytuację jednostka preferuje, ale również o ile bardziej. Problem jest taki, że jest to nieweryfikowalne. Nie wiadomo bowiem, co tak naprawdę oznacza, że ktoś woli „coś” „dwa razy bardziej”, od „czegoś” innego. Użyteczności kardynalnej nie sposób określić na podstawie obserwacji zachowań jednostek, albowiem można do nich dopasować całą grupę funkcji użyteczności zachowujących między sobą monotoniczność. Równie dobrze zachowanie konkretnej osoby opisuje jakaś funkcja użyteczności, jak również ta funkcja pomnożona, na przykład przez 1.000. Z punktu widzenia teorii użyteczności kardynalnej powinna być zasadnicza różnica pomiędzy daną użytecznością a użytecznością, na przykład, tysiąc razy większą, albo tylko dziesięć razy większą. Zwolennicy użyteczności kardynalnej proponują zatem inne podejście do jej pomiaru, oparte na badaniach socjologicznych, gdzie jednostki deklarują swój poziom zadowolenia z czegoś poprzez określenie go za pomocą oceny werbalnej, a następnie dokonuje się przyporządkowania wartości liczbowych do danych określeń werbalnych. Nawet zakładając poprawność tego podejścia, jest to jedynie werbalna ocena potencjalnego zadowolenia danej osoby, a nie rzeczywista jego miara. To zasadnicza dość różnica, co ilustruje obrazowy przykład osoby pytanej jak by postąpiła widząc wołające z okna o pomoc dziecko w budynku ogarniętym płomieniami. Można sądzić, że „werbalne” deklaracje zdecydowanej większości osób nie miałyby wiele wspólnego z ich prawdziwymi zachowaniami w rzeczywistej sytuacji. Osoby te mogłyby być absolutnie przekonane o tym, że pospieszą na ratunek, co wcale nie oznacza, że w ten sposób rzeczywiście by się zachowały. Powszechnie znane jest bowiem zjawisko tak zwanych „glinianych nóg” – gdy organizm, ze strachu, odmawia posłuszeństwa rozumowi. Przykład ten tylko z pozoru może się wydawać nieadekwatny do oceny zadowolenia z hipotetycznego dochodu. Ten hipotetyczny dochód jest bowiem tak samo oceniany tylko „werbalnie”. Jest prawdopodobne, iż przy istotnej zmianie sytuacji materialnej, poglądy danej osoby na jej nową sytuację mogłyby się różnić od tego, co osoba ta myślała na ten temat przed zajściem zmiany.

A przecież „pieniądze szczęścia nie dają”. Co widać na przykładzie zdrowia. „Użyteczność” drugiej nerki, dla kogoś, ktoś ma obie nerki zdrowe, jest znacznie mniejsza, niż dla kogoś, kto ma obie chore. Dla tego kogoś użyteczność z jednej zdrowej nerki byłaby znacznie większa niż użyteczność z pieniędzy. Bo za pieniądze nerki się nie kupi. Pewnie jest na świecie kilka miliardów biednych ludzi mających obie nerki zdrowe, którzy gotowi byliby jedną z nich sprzedać za odpowiednim wynagrodzeniem, użyteczność którego byłaby dla nich wyższa, niż użyteczność drugiej zdrowej nerki. Ale jest to zabronione. Bo jest nieetyczne „handlowanie” ludzkimi organami. Ale zabieranie ludziom pieniędzy też jest nieetyczne. No chyba, że robi to państwo. Politycy w ten prosty sposób uwolnili wyborców od dylematu moralnego. Nie będziecie nikomu nic zabierać, to „państwo” zabierze dla potrzeb redystrybucji w imię równości i sprawiedliwości społecznej.

Więc może gdyby to państwo, które nie pozwala handlować organami - tak samo jak nie pozwala ludziom zabierać pieniędzy innym ludziom - samo zorganizowałoby system redystrybucji nerek dałoby się to prosto uzasadnić?

Więc nie rozumiem, dlaczego rząd się zatrzymuje wpół drogi, i nie chce przy pomocy nowego prawa wesprzeć sprawiedliwość i pomóc ludziom którzy mają chore nerki.

Autor: 
Robert Gwiazdowski
Źródło: 

wei.org.pl

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama