SEKSBIZNES DZIAŁAŁ JAK KORPORACJA TAKSÓWKOWA

Reklama

Pani prezes ma 35 lat. Malutka, korpulentna. Zatrudnia prawie same kobiety. Uwijają się jak w jakiejś dyspozytorni taksówkarskiej. Ludzie potrzebują seksu. Pani prezes wyjątek robi tylko dla "Niedźwiedzia", zawodnika MMA: to ochroniarz prostytuujących się. Wszyscy są zadowoleni, wszyscy zarobieni. Układ idealny. Tyle, że nielegalny. I właśnie się kończy.

Policja mówi, że to była wielka sekskorporacja. "Firma", która oferowała mieszkańcom jednej trzeciej naszego kraju spełnianie erotycznych zachcianek. Jak? Wybierasz najpopularniejszy portal z kobietami na telefon. Zaznaczasz miasto, opcję z masażem lub inną. Przebierasz w zdjęciach. Upatrzyłeś sobie jedną z pań. Dzwonisz. - Odbiera telefonistka. Pyta: Cześć, co słychać? Czego ci trzeba? Mówisz, że chcesz się spotkać z, dajmy na to, "Obfitą Pauliną". Ona patrzy w grafik, mówi: Jutro o 17. Pasuje ci? Podaje tylko ulicę i numer domu, masz zadzwonić, jak już będziesz - ujawnia Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji. Kiedy docierasz pod wskazany adres, znowu dzwonisz, łączysz się z centralą. "Obfita Paulina" widzi cię z okna. Przekazuje informację telefonistce, ta podaje konkretny dzwonek mieszkania albo każe czekać, aż ktoś po ciebie zejdzie. Prostytutka czuje się bezpieczna, bo wizytę koordynuje telefonistka, w razie czego wezwie ochroniarza. Ty wiesz, że dziewczyna będzie taka, jak na zdjęciu.

Zadowolona jest też 35-letnia Anastazja P., Ukrainka, która zarządza tą sekskorporacją. Ona zarobiła, dziewczyna zarobiła. A klient, jak mu się będzie podobało, wróci. Dziewczyny z sekskorporacji Anastazji działały na jednej trzeciej kraju. Fast love Grafik i zakres obowiązków był jasny jak podział zadań w dobrze prosperującym fast foodzie. Wszyscy doskonale wiedzieli, co robić, na którą pojawić się w pracy, gdzie i u kogo się rozliczyć.

- Każdy był zaangażowany, bo dzięki temu zarabiali duże pieniądze. Wszystko grało jak w szwajcarskim zegarku - mówi policjant. Zasięg usług? Magdalena Mazur-Prus, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Poznaniu: województwo lubuskie, wielkopolskie, dolnośląskie, świętokrzyskie i podkarpackie. Na centrum dowodzenia wybrano Wrocław. - Duże wynajęte mieszkania. W jednym z pomieszczeń kanapy, fotele, stoliki - to tam pracowały telefonistki. Potrafiły spędzać kilka godzin non stop, wisząc na telefonie, umawiając klientów z wymarzonymi kobietami. Za ścianą wtedy też odbywały się spotkania towarzyskie - opowiada Andrzej Borowiak. Policja o tych mieszkaniach będzie mówiła "call centers". Telefonistek było sześć. Miały swój grafik i grafik dziewczyn na godziny. Odbierały setki połączeń dziennie. Umawiały spotkanie za spotkaniem. Anastazja O. dbała, żeby "oferowane" kobiety były z polecenia.

- Prostytutek było 70, czasem nawet 80. Każda sprawdzona, każda musiała dać autentyczne zdjęcie - podkreśla policjant. Spotkania z klientami odbywały się nie tylko we Wrocławiu, ale także w lokalach wynajmowanych przez Anastazję w Głogowie, Zielonej Górze, Rzeszowie, Tarnobrzegu, Poznaniu, Lesznie, Kielcach, Kaliszu, Koninie i Wrześni. W zależności od wielkości mieszkania w każdym z nich pracowało od jednej do ośmiu kobiet. Pani prezes wynajmowała lokale rotacyjnie, informując prostytutki o kolejnym miejscu, w którym będą świadczyć usługi seksualne - ustalili śledczy. Prostytutki pakowały więc walizki i jechały tam, gdzie zaleciła szefowa. Z chęcią angażowały się w zlecenia, bo miały z tego konkretne pieniądze. Ale zdarzały im się miesięczne lub dwumiesięczne odpoczynki. - Nie miały stałych zawodów, w większości zajmowały się tylko i wyłącznie tego typu usługami. Niektóre miały rodziny, dzieci. Ciągnęła je pokusa sporego dochodu, gwarancja zapewnienia sobie przyszłości - ujawnia Andrzej Borowiak. Jak twierdzi, niektóre szczerze przyznały, że planowały zarabiać u Anastazji jeszcze z dwa, trzy lata, a później pożegnać się ze świadczeniem seksusług.

Prostytutka nigdy nie pracowała w mieście, z którego pochodziła. Ale taki wyjazd bez wątpienia jej się opłacał. - Jeśli chodzi o dziewczyny, były takie, które zarabiały dziennie nawet 4-4,5 tys. złotych - zdradza policjant. Procent, jaki miało z tego szefostwo, zależał od usługi. Anastazja zarabiała miesięcznie od 150 do 200 tysięcy złotych. Z ustaleń śledczych wynika, że telefonistki inkasowały po 90 złotych za dzień pracy, plus "symboliczną dychę" od każdego klienta. Twardzielka, żadne cekiny O szefowej wiadomo, że daleko jej było do strojnej Czekolindy (młodej właścicielki warszawskiej agencji towarzyskiej Rasputin, którą policjantka zauważyła ukrytą w krzakach, bo wystawały jej buty z cekinami). Żaden botoks, żadna czerwona szminka. Nie przywiązywała uwagi do wyglądu. W momencie zatrzymania miała na sobie bluzę z kapturem i zgniłozieloną kurtkę.

- Była twardą kobietą. Nie opryskliwą czy wulgarną, ale stanowczą. Działała w imię polityki: "Kochasz pieniądze? Nie narzekaj. Klienci czekają" - twierdzi Borowiak.

- Pojawiały się nawet wśród nas [policjantów - red.] żarty, że jeśli kiedykolwiek wybralibyśmy się na emeryturę i zakładalibyśmy firmę, to warto byłoby ją zatrudnić jako dyrektora. Wszystko miała w głowie. Codziennie wydawała polecenia, pamiętała imiona, nazwiska, godziny - wylicza policjant. Dla pewności notowała też wszystko skrupulatnie w notatniku, który znaleziono przy niej podczas zatrzymania. "Zawsze przy komputerku".

Anastazja ma 35 lat. Z pochodzenia jest Ukrainką, obywatelstwo polskie otrzymała w 2010 roku. Przez chwilę mieszkała w Ostrowie Wielkopolskim, a biznesu uczyła się na straganie.

- Mieszkała tu z dzieckiem i matką. Nigdy nie było żadnych awantur, raczej spokojna rodzina. Pamiętam, że handlowali na targu butami i ubraniami - mówi sąsiadka, mieszkanka skromnego, czteropiętrowego bloku. Później Anastazja przeniosła się do stolicy Dolnego Śląska. - Z panią Anastazją nigdy nie było problemów. Bywałem tam co dwa, trzy miesiące, nic nie wskazywało na to, żeby prowadziła taką działalność - mówi mężczyzna, który przez ostatnie pięć lat wynajmował jej mieszkanie we Wrocławiu.

- Pamiętam, że miała w kuchni swój komputerek. Zawsze jak przyjeżdżałem, to siedziała przy tym komputerku - wspomina. Zapewnia, że jest w szoku, że została zatrzymana przez policję za taką działalność. Płaciła na czas, nikt z sąsiadów się nie skarżył, więc pobyt w 90-metrowym lokalu nie zwracał niczyjej uwagi.

- Ona taka malutka, korpulentna, zakręcona... Policja podaje, że to szefowa, a naprawdę nic na to nie wskazywało. Jej twarz, cała osoba do tego wszystkiego nie pasuje - dziwi się właściciel wrocławskiego mieszkania. No i żeby miała takie pieniądze... Pani prezes ma też dwuletnie dziecko (obecnie jest ono pod opieką rodziny). Przed aresztowaniem mamy mieszkało z nią w jednym z wynajmowanych przez "firmę" mieszkań we Wrocławiu.

- Akurat to mieszkanie nie służyło jako lokum do uprawiania prostytucji - mówi prokurator Magdalena Mazur-Prus. Więc nie siedziała w nim żadna z telefonistek (w wieku 24-64 lata), które Anastazja zatrudniła, bo je znała i mogła im zaufać (niektóre z nich w przeszłości trudniły się prostytucją). Nie urzędował też tu jedyny mężczyzna, któremu płaciła pensję. Znalazła go tam, gdzie liczy się prędkość ciosu i rozmiar mięśnia.

- Figurantka zadbała o Niedźwiedzia. Był człowiekiem z wrocławskiego półświatka, czynnym zawodnikiem MMA, występował na turniejach - mówi Borowiak. Tomasz N. należał do wrocławskiego półświatka - podaje policja .

Tomasz był perspektywiczny

- Stary, gruby, ale jak trzeba, to się ruszy - komentuje Tomasz, znany jako Niedźwiedź, pod swoim zdjęciem dodanym na portalu społecznościowym jeszcze podczas wakacji. Fotografia przedstawia imponujący wyskok z wody w stylu kopniaka Bruce'a Lee. Na jego profilu nie brakuje też zdjęć dobrych aut ("Zabaweczki") i wspomnień z podróży (Londyn, Monte Carlo, Mediolan).

- To bardzo tragiczna i nieciekawa postać. Każda osoba z "ciemnej strony mocy" powiedziałaby złe rzeczy na jego temat - twierdzi osoba, która jeszcze kilka lat temu trenowała z Tomaszem N. Podkreśla, że ich sportowe ścieżki zeszły się tylko na dwa lata. - To był naprawdę epizod. Nie zwracałem na niego szczególnej uwagi. Ale jeśli chodzi o sport, to był to bardzo perspektywiczny zawodnik - mówi nasz rozmówca. - Ludzie kiedyś mówili, że Niedźwiedź dobrze się bije. Ale ile tych walk MMA miał? Dwie, trzy? Nie postrzegam go jako prawdziwego zawodnika. W moim klubie nie ćwiczył - komentuje z kolei Janusz Janowski, trener z Wrocławia, srebrny medalista Pucharu Świata Muay Thai.

Miał budzić respekt, przerażać. I robił to. Jak ktoś nie zapłacił dziewczynie Anastazji, Niedźwiedź go odwiedzał. On miał z tego pieniądze, prostytutki poczucie bezpieczeństwa, a szefowa - kogoś do straszenia dłużników, zbrojne ramię. - Był gotowy rozwiązywać problemy z trudnymi klientami. Jechał i grzecznie prosił o zwrot długów, teraz, dzisiaj, nie za tydzień. Z naszych ustaleń wynika, że nigdy nie doszło do żadnych rękoczynów - twierdzi Andrzej Borowiak. Prokuratura ustaliła, że w zamian za ochronę Tomasz N. dostawał coś więcej niż regularne przelewy. Korzystał też z darmowych usług seksualnych, świadczonych przez kobiety pracujące dla Anastazji. Za te dodatkowe usługi szefowa rozliczała się osobno z kobietami. Podczas zatrzymania w jego mieszkaniu zabezpieczono broń palną i amunicję.

Andrzej Borowiak porównuje całą grupę do korporacji taksówkarskiej. - Jeśli jest jakiś "wolny strzelec", który próbuje sam zbierać zlecenia, musi sam załatwić wszystkie formalności. W korporacji dostaje komplet, zgłasza gotowość i rusza w trasę. Oczywiście, musi podzielić się zarobkiem, ale ktoś na przykład zbiera za niego zamówienia. W przypadku sekskorporacji funkcjonował podobny układ, dla wielu kobiet to była gwarancja bezpieczeństwa finansowego - tłumaczy Borowiak.

Rozsiane po Polsce mieszkania może i były wygodne dla kobiet, ale stanowiły problem dla sąsiadów. Ludzie przysłuchiwali się odgłosom zza ścian i liczyli kolejno wchodzących i wychodzących mężczyzn. Usługi po sąsiedzku nie podobały się na tyle, że udręczeni mieszkańcy organizowali małe bunty. Sąsiedzi mieli dosyć usług sekskorporacji za ścianą.

- Wiemy, że wielu sąsiadów odetchnie teraz z ulgą. W wielu miejscach policjanci znaleźli napisy na ścianach, niektórzy wrzucali do skrzynek anonimowe listy: "Stop prostytucji". "Na naszej klatce pod numerem 57 przyjmują prostytutki, roznoszą choroby, chrońmy nasze dzieci". Układ idealny. Ale nielegalny Tak jak wielki zasięg miała "firma", tak spory rozmach miała też akcja policji 5 grudnia. Funkcjonariusze wkroczyli jednocześnie do ponad pięćdziesięciu lokali w całym kraju. Około godziny 14 zatrzymali osiem osób: Anastazję O., Tomasza N. i sześć telefonistek.

Grażynie D., Małgorzacie Cz., Marii M., Magdalenie K., Magdalenie G. oraz Monice J., prokurator zarzuca udział w zorganizowanej grupie przestępczej, a dodatkowo stręczycielstwo, sutenerstwo i kuplerstwo oraz czerpanie korzyści majątkowych z uprawiania prostytucji przez inne osoby. Anastazja O. i Tomasz N. podejrzani są o to samo. Dodatkowo szefowa usłyszała zarzut kierowania grupą, a N. posiadania broni i amunicji bez zezwolenia.

Tomasz N. nie przyznaje się do winy. - Wyjaśnił, że wiedział o tym, że dziewczyny się prostytuują, ale pobierał od nich pieniądze za "ochronę", żeby inne osoby dały dziewczynom spokój. Żeby nikt inny nie przychodził do nich po pieniądze za ochronę i niejako "firmował" tę ochronę swoją osobą - mówi Mazur-Prus. Anastazja również nie czuje się winna. - Zeznała, że kiedyś również uprawiała prostytucję, dlatego zna prostytuujące się dziewczyny i razem z nimi zorganizowała w sposób opisany w zarzutach działalność dziewczyn - informuje prokurator. Miało to usprawnić kobietom pracę i zapewnić bezpieczeństwo. Podczas zatrzymań policjanci zabezpieczyli do sprawy setki telefonów, karty SIM i tablety. W zbiorach dowodów znajduje się też broń Tomasza N., a u trzech prostytutek zabezpieczono porcje narkotyków - łącznie około 200 gramów amfetaminy. Policjanci zabezpieczyli broń, narkotyki i setki telefonów seksbiznesu.

7 grudnia decyzją sądu cała ósemka trafiła na trzy miesiące do aresztu. - Będziemy się żalić, bo nie zgadzamy się z tą decyzją - mówi Marcin Skrzypiec, obrońca jednej z telefonistek, który stawił się w Poznaniu podczas ogłaszania decyzji. - Jak najbardziej, będziemy się żalić. Postępowanie się toczy, teraz ruch po stronie prokuratury, my czekamy - mówi mecenas broniący Niedźwiedzia, woli jednak pozostać anonimowy. Anastazji O. grozi 10 lat, pozostałym - 5 lat więzienia. Jak nieoficjalnie udało nam się dowiedzieć, Anastazja spodziewa się właśnie drugiego dziecka. Sześć telefonistek, szefowa i ochroniarz trafili do aresztu .

54a68807-a904-48ad-866e-952df3be4d54.png

Autor: 
Źródło: KWP Poznań (http://www.tvn24.pl/Źródło: facebook (http://www.tvn24.pl)
Źródło: 

tvn24

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama