Skazany bez wyroku. Prokurator miał zlecenie zniszczyć Michała Materle

Reklama

sob., 06/09/2018 - 18:14 -- zzz

Zatrzymano mnie jak groźnego gangstera. Do domu wpadła grupa antyterrorystów, później w areszcie chciano mnie zniszczyć. Do dziś nie wiem, dlaczego spędziłem za kratkami osiem miesięcy. Nie opowiadam swojej historii, by się żalić. Chcę, żeby ludzie poznali prawdę - mówi Onetowi Michał Materla. W sobotę szczeciński wojownik zmierzy się na gali KSW 44 z Martinem Zawadą.

Gdy niespełna rok temu wyszedłeś na wolność, powiedziałeś, że inaczej patrzysz na pewne rzeczy. Zmieniłeś się?

Na pewno. Bardziej doceniam codzienność, małe rzeczy sprawiają mi radość. Kiedy jesteś na wolności, nie zwracasz na nie uwagi, ale w zamknięciu zaczynasz za nimi tęsknić. Brakowało mi wspólnych chwil spędzonych z synami. Zobaczyłem, co jest w życiu naprawdę ważne. Poza tym przekonałem się, kto jest moim prawdziwym przyjacielem, a na kogo nie mogę liczyć. Wiele osób pomogło mojej rodzinie, to było dla mnie najważniejsze. Osadzony najbardziej martwi się nie o siebie, tylko o bliskich, z którymi nie może być. Nie było dnia, żebym nie myślał o rodzinie i o tym, co robią w danym momencie. Gdy jesteś w więzieniu, najbardziej doskwiera właśnie tęsknota za tymi, których kochasz.

Gdy przebywałeś za kratkami, media informowały, że ciąży nad tobą zarzut udziału zorganizowanej grupie przestępczej. Nie boisz się, że wrócisz za kratki?

Nie. Sytuacja się zmieniła, ale nie mogę mówić o szczegółach, bo toczy się postępowanie. Powiem tylko tyle, że gdyby od razu postawiono mi takie zarzuty jakie mam dziś, zatrzymanie odbyłoby się zapewne w zupełnie inny sposób, poza tym nie spędziłbym za kratkami ośmiu miesięcy. Nie mogłem wyjść na wolność, bo cały czas, nie wiadomo na jakiej podstawie, przedłużano areszt jako środek zapobiegawczy. Mam nadzieję, że prawda wreszcie wyjdzie na jaw.

Masz żal o to, że choć nie wydano żadnego wyroku, siedziałeś w więzieniu osiem miesięcy?

Przez długi czas czułem bezradność, bo nie zrobiłem nic złego, a odebrano mi wolność. Mam pretensje o to, w jaki sposób mnie potraktowano – z mojego zatrzymania zrobiono show.

Jak ono przebiegało?

Nie przejawiałem agresji, nie unikałem wezwań, a mimo to antyterroryści wpadli do mojego domu, nie zważając na obecność dzieci. Wyważyli drzwi. Przestraszony syn przybiegł do mnie i zaczął krzyczeć, że ktoś włamuje się do mieszkania. Wyszedłem na korytarz i zobaczyłem antyterrorystów. Rzucono mi pod nogi granat hukowy, który od razu wystrzelił. Usłyszałem komendę: "połóż się!", nie stawiałem oporu. Gdy byłem już obezwładniony i leżałem na ziemi, jeden z antyterrorystów podszedł do mnie i prewencyjnie poraził paralizatorem. Wykonywałem wszystkie polecenia, ale widocznie chcieli mi pokazać, kto rządzi, kto jest panem sytuacji. Brat mocno walczył o to, by ludzie dowiedzieli się, jak mnie potraktowano. W raporcie napisano, że użyto paralizatora, bo niby przyjąłem pozycję obronną, co jest bzdurą. Zresztą policja ma nagranie z całego zatrzymania. Nie jestem pierwszą osobą, która leży bezbronnie, a razi się ją paralizatorem, przecież niedawno głośno było o sprawie Igora Stachowiaka.

Kogo obwiniasz za zaistniałą sytuację?

Mam pretensję do prokuratorki, która prowadziła śledztwo, funkcjonariusze wykonywali tylko jej polecenia. Zatrzymano mnie jak groźnego gangstera, żeby zrobić z tego medialne wydarzenie i podbić sobie PR. Tylko z mojego zatrzymania opublikowano filmik, pokazano na nim 15 tysięcy złotych i latarkę z paralizatorem. Miało to niby potwierdzać tezę, że jestem niebezpiecznym człowiekiem. Absurd. Nie przejmuję się tym, że zniszczono mój wizerunek. Bardziej irytuje mnie to, że dzieci musiały widziały takie obrazki. Starszy syn ma 15 lat i więcej rozumie, ale młody bardzo się przestraszył i mocno przeżył cała sytuację. Później, już po zatrzymaniu, chciano mnie zniszczyć psychicznie.

W jaki sposób?

Umieszczono mnie w areszcie śledczym dla niebezpiecznych więźniów. Zastosowano podwyższony rygor i pełną izolację. Mogłem wychodzić z celi tylko raz dziennie na jedną godzinę. Przed spacerem podchodziłem do drzwi i zakładano mi tzw. kowbojki, czyli połączone kajdanki na ręce i nogi. A później powrót do celi o wymiarach 2,5 na 2 m. Łóżko, stolik, otwarta toaleta – tak wyglądał przez mój świat. Cela była monitorowana 24 godziny na dobę. Strażnicy codziennie robili kipisz, przetrzepywali cele i przeszukiwali mnie. Dla człowieka, który nie zrobił nic złego, coś takiego jest uwłaczające.\

Dlaczego zakwalifikowano cię jako niebezpiecznego więźnia?

Powiedzieli, że muszę zostać umieszczony na takim oddziale z racji uprawianego sportu. Kolejny absurd. Nie jestem przecież pierwszym zawodnikiem ze świata sportów walki, który trafił do aresztu.

Trudno było przetrwać?

Nie. Więzienie łamie słabych, a silnych hartuje. Jako sportowiec jestem nauczony dyscypliny, a w kryminale najważniejszy jest rytm. Każdy dzień miałem zaplanowany. Wstawałem rano, o 6 był apel, później pierwszy trening, prysznic, śniadanie, krótki odpoczynek, spacer, obiad, wieczorne mycie i tak mijał dzień za dniem. Poza tym trenowałem, czytałem poradniki sportowe i uczyłem się hiszpańskiego. Starałem się nie marnować czasu, ale okres, w którym jesteś za kratkami i tak zawsze jest stracony.

W jaki sposób walczyłeś o wyjście na wolność?

Przez 7 miesięcy odmawiano przesłuchania moich pięciu świadków, którzy podważyliby zeznania jednego człowieka na moją niekorzyść. Ktoś stwierdził, że słyszał, jakoby osoba X dała mi narkotyki. W miejscu, w którym niby pracowałem przez dłuższy czas. Nigdy mnie tam nie było i mogę to udowodnić. Tymczasem na podstawie wspomnianych zeznań przetrzymywano mnie w areszcie. Prosiliśmy sąd, by dopuścił moich świadków, ale konsekwentnie odmawiano, mimo że sąd wręcz nakazywał podjęcie takiego działania. W jaki sposób miałem się bronić? Doprowadzono do szeregu sytuacji, w których chciano odebrać mi godność i zdyskredytować mnie w oczach pozostałych osadzonych. Rozpuszczono plotkę, że poszedłem na współpracę. Próbowano wmówić innym więźniom, rozrzuconym po całej Polsce, że Materla został kapusiem. A w zakładach karnych plotki rozchodzą się szybciej niż u fryzjera.

W niepisanym kodeksie więźniów pójście na współpracę jest równoznaczne z utratą honoru…

Znam swoją wartość i mam swój honor, nigdy go nie stracę. Nie bałem się więc o to, co pomyślą inni. Bardziej czułem irytację, że pewni ludzie robią wszystko, by mnie zdyskredytować. Nie chciałbym, żeby wyszło, że się żalę. Stało się, jak się stało. Opowiadam o tym, by ludzie poznali prawdę.

Foto: Paulina Czarnecka / Onet

Foto: Paulina Czarnecka / Onet

Foto: Paulina Czarnecka / Onet

Miałeś momenty zwątpienia w walce o wolność?

Oczywiście. Przed każdym posiedzeniem dotyczącym przedłużenia aresztu byłem przekonany, że wkrótce wyjdę. Po niekorzystnej decyzji sądu byłem zawiedziony, ale równie szybko się podnosiłem. Zagryzałem zęby i wracałem do swojego rytmu. Najgorzej, jak człowiek zostaje sam ze swoimi myślami. Najbardziej pomagała… gorzka czekolada. Objadałem się, a później tłumaczyłem sobie, że trzeba się wziąć za ostry trening, bo wypadnę z formy. Dzięki tym treningom za każdym razem wychodziłem z marazmu. Pomogły mi też spotkania z najbliższymi.

Jak przebiegło pierwsze widzenie z rodziną?

Czekałem na nie ponad cztery miesiące. Denerwowałem się i myślałem o tym, co będzie, gdy czas się skończy i znowu nas rozdzielą. Młodszy synek miał siedem lat. Musieliśmy mu wytłumaczyć, dlaczego taty nie ma w domu i dlaczego możemy porozmawiać jedynie 1,5 godziny po tak długiej rozłące. Co miałem powiedzieć dziecku? Że ojciec został osadzony na podstawie fałszywych zeznań, przez działania prokuratorki, która chciała zbudować sobie na sprawie nazwisko? Ogólnikowo wytłumaczyliśmy synkowi, że na razie nie mogę wrócić do domu. Podczas widzenia mało mówiłem, głównie słuchałem opowieści bliskich o tym, co zdarzyło się w ich życiu, bo przecież w moim działo się niewiele. Nie chciałem dopuścić do tego, żeby zapanowała atmosfera smutku, ale oczy trochę się zaszkliły. Młodszy synek przez półtorej godziny był do mnie przyklejony jak miś koala.

Dlaczego po trzech miesiącach aresztu tymczasowego uznano, że dalej powinieneś przebywać za kratkami?

Gość, którego nigdy nie widziałem na oczy, zeznał, że mu groziłem. Wcześniej pomawiał wiele osób. Taki rezerwowy świadek, który mówi sądowi to, co jest wygodne dla prokuratury, gdy sprawa utyka w martwym punkcie. "Podkładka", żeby innym osadzonym przedłużać areszt. Wszystko wie i wszystko widzi. Przy sprawie Ewy Tylman stwierdził, że Adam Z. przyznał się w rozmowie z nim do zabójstwa, później jego zeznania okazały się całkowicie nieprawdziwe. Ja z kolei miałem powiedzieć mu, że "mu nie daruję". Zrobiono z tego polityczną grę. Skoro prokurator powiedział A, musiał powiedzieć B i dalej w to grać. Gdyby po trzech miesiącach okazało się, że po tak głośnym zatrzymaniu Materla wychodzi na wolność, źle by to wyglądało w oczach opinii publicznej. Musieli coś na mnie znaleźć. I nagle pojawił się świadek, który napisał notatkę, że mu groziłem i że boi się o życie. Ciekawe, w jakich okolicznościach niby rozmawialiśmy, skoro poruszał się w towarzystwie straży więziennej. Nie ma możliwości, żeby wymienić z takim facetem choćby zdanie. Po jego doniesieniach mój mecenas zareagował błyskawicznie. Wystosował do zakładu karnego pytanie, czy był jakikolwiek incydent z moim udziałem. Zakład karny zaprzeczył. Nie wiem, czemu podjęto szereg działań mających na celu zniszczenie mnie. Może myśleli, że pęknę i przyznam się do czegoś, czego nie zrobiłem.

Boli, że część opinii publicznej skreśliła cię zaraz po zatrzymaniu?

Nie. Taka jest kolej rzeczy i taka jest polska mentalność. Nic nie cieszy w naszym kraju tak bardzo jak ludzkie nieszczęście. Wiadomo, że najlepiej kopie się leżącego. Cieszę się, że miałem dużą grupę wsparcia, ludzi, którzy podali pomocną dłoń. Bardziej negatywne komentarze na mój temat przeżyła rodzina. Na pewno cała sytuacja zmęczyła ich psychicznie. Ale oczywiście ani przez moment nie wierzyli w moją winę, wiedzieli, że stałem się ofiarą manipulacji. Cóż, łatka kryminalisty będzie przyklejona do końca mojej kariery, z hejterami nie da się wygrać. Najważniejsze, że gdy siedziałem za kratkami, bliscy mieli za co żyć i nie musieli się martwić, czy starczy do pierwszego.

Wspominasz ludzi, którzy ci pomogli, ale, jak sam zaznaczyłeś na początku rozmowy, byli też tacy, na których się zawiodłeś…

Tak. Niektórzy znajomi przeszli obojętnie obok tego, co się wydarzyło. Nawet nie spytali, czy moja rodzina nie potrzebuje pomocy. Nie chodzi o wsparcie finansowe, w takich chwilach bardzo ważna jest też pomoc mentalna. Zwykłe pytanie, czy czegoś nie potrzeba.

Twój trener Piotr Bagiński stwierdził: Michał padł ofiarą złego wizerunku MMA w mediach…

Jestem jednym z prekursorów MMA w Polsce i wiem, jak je na początku przedstawiano. W ogóle nie traktowano tego w kategoriach sportu, pisano o walkach bez żadnych reguł, w których uczestniczą ludzie niemający żadnych zahamowań. Bandyci, chuligani itd. Miałem siedemnaście lat, więc nie zwracałem uwagi na to, co piszą dziennikarze. Wtedy nie przypuszczałem, że nasza dyscyplina tak bardzo się rozwinie i że zapełnimy np. Stadion Narodowy.

Wizerunek i doniesienia mediów to jedna strona medalu. Sam mówiłeś, że nie byłeś święty. Cytat: "Gdy pracowałem jako bramkarz, był czas, kiedy najpierw lałem ludzi, a później pytałem, o co chodzi"...

Praca na bramce jest specyficzna. Balansujesz na granicy. Spotykasz pijanych gości, którym nagle zaczyna się wydawać, że mogą robić w lokalu, co im się podoba. A ty jako ochroniarz musisz dbać o porządek. Różne rzeczy się zdarzały, ale nikt nigdy nie zarzucił mi, że jako bramkarz go pobiłem. Uprawiam MMA, więc mam umiejętności, dzięki którym potrafię szybko obezwładnić klienta. Nigdy nie musiałem się bić, cytatu o „laniu” ludzi nie należy brać dosłownie. Moja praca polegała głównie na rozdzielaniu klientów, którzy sami skoczyli sobie do gardeł.

Powiedziałeś, że "zdarzały się na bramce różne rzeczy". Na przykład?

Nie brakowało śmiesznych sytuacji. Nieraz słyszałem od pijanego klienta, żebym uważał, bo zadzwoni… po Materlę, którego bardzo dobrze zna. Nie brakowało też moich „krewnych”. Mówili: „jestem rodziną Materli, więc jeśli mnie nie wpuścisz, przyjedzie tutaj i cię rozp*****”. Straszono mnie… mną. Odpowiadałem wtedy: dzwoń do niego w tej chwili. Kiedy stałem się rozpoznawalny, niektórzy po kilku piwkach próbowali zagadać. Niejednokrotnie gratulowano mi zwycięstw, których nigdy nie odniosłem. Poza tym do dziś jestem mylony z Mamedem Chalidowem. Ktoś skojarzył, że gość na bramce walczy w MMA, po kilku piwkach dzwoni mu w którymś kościele, ale nie pamięta nazwiska. No to strzela, że pewnie Mamed… (śmiech).

Foto: Paulina Czarnecka / Onet

Foto: Paulina Czarnecka / Onet

Foto: Paulina Czarnecka / Onet

"Masa" powiedział w jednym z wywiadów, że pracowałeś dla mafii pruszkowskiej.

Nie wiem, dlaczego "Masa" kłamie w tak ordynarny sposób, może chce na moim nazwisku wypromować swoje kolejne książki, jak to robił w przeszłości z innymi znanymi osobami. Jeszcze chwila i okaże się, że następnej książce napisze, że papież też latał dla Pruszkowa. Zresztą Masa ma teraz swoje problemy (został aresztowany, przyp. red.). Jestem przekonany, że swoimi kłamliwymi opowieściami wyrządził krzywdę wielu niewinnym osobom. Karma wróciła.

Jest coś, czego w życiu żałujesz?

Żałuję wielu rzeczy. Z perspektywy czasu uważam, że podjąłem kilka złych decyzji. Nie chciałbym jednak mówić o szczegółach, bo dotyczyły prywatnych sfer. A co do popełnionych błędów – cóż, na tym polega życie. Każdy z nas się myli, chodzi o to, żeby wyciągać wnioski.

Podobno mówisz o sobie, że jesteś jak Ukrainiec: albo kochasz, albo nienawidzisz…

Coś w tym jest. Nie uznaję relacji "na pół gwizdka", stosuję system zero-jedynkowy. Albo jesteś ze mną, albo przeciwko. Jeśli ktoś jest moim przyjacielem, skoczę za nim w ogień.

Stałeś się taki przez to, co przeżyłeś? Życie mocno cię doświadczyło…

Zaliczyłem brutalne wejście w dorosłość. Gdy miałem 17 lat, moja dziewczyna zaszła w ciążę. Musiałem stać się głową rodziny. Nie chciałem rezygnować ze sportu, bo wiedziałem, że być może dzięki treningom kiedyś zacznę zarabiać na chleb. Rano szedłem na lekcje, później na zajęcia sportowe, a nocami pracowałem, miałem zmiany na bramce sześć razy w tygodniu. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak to wszystko godziłem. W domu byłem gościem. Przychodziłem i szedłem spać, bo nie miałem siły. W pierwszej klasie szkoły średniej udało się zdobyć świadectwo z czerwonym paskiem, ale gdy doszła praca, siłą rzeczy opuściłem się jako uczeń. Ledwo wiązałem koniec z końcem.

Co czuje 17-latek, który dowiaduje się, że zostanie ojcem?

Strach. Bałem się, że nie damy sobie rady. Nie za wiele pamiętam z tamtego okresu. Mocno eksploatowałem się fizycznie i psychicznie. Nie chciałem z niczego rezygnować. Musiałem pracować, a trzeba było też skończyć szkołę. Było ciężko. Na początku żyliśmy w małej kawalerce z mamą mojej dziewczyny. Później dostaliśmy mieszkanie po moich dziadkach, do dzisiaj tam żyjemy. Dla naszego związku była to prawdziwa próba ognia. Dziś uważam, że gdyby nie teściowa, już dawno rozeszlibyśmy się z dziewczyną. Była prawdziwym spoiwem, bardzo nas wspierała. Dziewczyna zajmowała się dzieckiem 24 godziny na dobę, ja wpadałem do domu na pięć minut. Teściowa widziała, że robię wszystko, żeby utrzymać rodzinę i zapewnić jej przyszłość, więc robiła, co mogła, by ułatwić nam zadanie. Wspierała nas psychicznie i pomagała finansowo. Bez niej nie dalibyśmy wtedy rady. Przeżyliśmy trudne chwile, ale są też plusy całej sytuacji. Takie rzeczy kształtują charakter.

Jak radziłeś sobie z wychowaniem syna jako nastoletni chłopak?

Przy drugim dziecku zobaczyłem, co straciłem przy pierwszym. Jak wspomniałem, cały mój czas pochłaniały szkoła i praca. Nie było mnie w domu, gdy synek dorastał. Straciłem okres, w którym buduje się pierwsza więź z dzieckiem.

A jak wspominasz swoje dzieciństwo?

Od rana do wieczora goniłem po podwórku. Codziennie stawało się przed jednym dylematem: gramy w piłkę czy w kosza? Zawsze miałem bliskie relacje z mamą. Byłem jej oczkiem w głowie, bardzo się o mnie troszczyła. Chciała, żebym został adwokatem albo lekarzem. Nie udało się (śmiech). Mama nie była zachwycona tym, że wiążę przyszłość ze sportami walki. Wujek podobnie, często pytał: "po co ci to?". Chciałem im udowodnić, że coś osiągnę. A wracając do mamy, bardzo wiele jej zawdzięczam. Myślę, że jest dumna z tego, co osiągnąłem dzięki ciężkiej pracy i konsekwencji. Ogląda każdą moją walkę.

Tata też oglądał?

Ojciec się nami nie zajmował, ale nie chciałbym opowiadać o szczegółach. Po jego śmierci dowiedziałem się, że mieliśmy sporo wspólnych cech. Może i nie zrobił kariery sportowca, ale był zacięty, miał charakter. Cóż, niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Twój przyrodni brat powiedział mi, że jako chłopcy nie mieliście bliskich relacji, bo wychowywaliście się osobno.

Trudno było zbudować silną relację. "Orałem" od rana do wieczora. Norbert wyciągnął rękę, starał się, byśmy się do siebie zbliżyli. Obaj kochamy sport. Na pierwszym spotkaniu poszliśmy pograć w kosza. Z perspektywy czasu trochę żałuję, że w młodym wieku nie miałem brata, z którym mógłbym podzielić się swoimi problemami. Najważniejsze, że dziś trzymamy się razem.

Według Norberta trudno ci zaakceptować własne porażki.

To prawda, mówię tu nie tylko o błędach popełnionych w klatce, poza sportową areną też można przegrać. Musi minąć trochę czasu, żebym pogodził się z tym, że coś nie poszło po mojej myśli. Jestem wtedy nieznośny dla swojej rodziny. Zamykam się w sobie i tysiąc razy analizuje to, co się wydarzyło.

Po tym, co przeżyłeś, czujesz, że nic cię nie złamie?

Są rzeczy, które bardzo bolą niezależnie od tego, jak jesteś silny.

Codzienność cieszy cię tak samo jak w pierwszym dniu po wyjściu z więzienia?

Tak. Więzienie jak żadne inne miejsce uczy, że trzeba doceniać to, co się ma, bo można to stracić. Kiedy np. bawię się z synem, myśl o ulotności czai się gdzieś z tyłu głowy. Dziś już wiem, że człowiek powinien cieszyć się każdą dobrą chwilą. Nigdy nie wiesz, ile ona potrwa.

Autor: 
DARIUSZ FARON
Źródło: 

onet

video: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama